Fantasy · 8 min czytania
Prześniedź - Rozdział 11
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Biegli, dopóki mroczne zarysy budynków nie zostały w tyle. Zwolnili dopiero na skraju gęstwiny. Przed nimi wyrósł samotny, odcięty od reszty świata budynek sklepu z czerwonej cegły. Amelia stanęła. Gwałtownym ruchem dłoni nakazała dzieciom iść w tamtą stronę. Albert nie protestował, był zbyt zmęczony, a Maja po prostu pociągnęła ją za rękę. Wokół panowała absolutna, martwa cisza.
Podeszli do wejścia. Sklep był zamknięty, ale w oknie na piętrze paliło się żółte, mętne światło. Uderzyła pięścią w drewno. Żadnego echa. Eleonora Domańska otworzyła bezszelestnie. Wyglądała tak samo jak zawsze – ten sam kok, te same okulary. Tylko oczy się zmieniły. Kiedyś były ciepłe, teraz wyglądały jak tafla brudnego lodu.
— Jesteś — stwierdziła chropowatym głosem, nie zadając pytania.
Amelia oparła się o framugę. Chciała wiedzieć co się dzieje i gdzie podziali się wszyscy ludzie.
Staruszka cofnęła się, wpuszczając ich do środka. W sklepie, gdzie kiedyś pachniało chlebem i drożdżami – teraz unosiła się ciężka woń kurzu i czegoś, co dawno uległo rozkładowi. Jak zgniłe jabłka w zamkniętej piwnicy.
— Siadajcie — wskazała krzesła na zapleczu.
Albert opadł na blat i natychmiast zamknął oczy. Maja została w progu, wymieniając z Eleonorą długie, puste spojrzenie. Nie mrugnęła ani razu.
Część 22 / 4
— Widzę, że nie przyszłaś sama — mruknęła sklepowa. — Dobrze.
Postawiła na stole kubki i nalała ciemnego, mętnego naparu z dzbanka stojącego na piecu. Płyn nie parował.
— Pijcie — powiedziała podając napój dziewczynce. Mała nadal nie spuszczała z niej wzroku.
Amelia podniosła kubek. Gruba ceramika nie oddała jej dłoniom najmniejszego ciepła. Upiła łyk. To nie była herbata. Smakowało jak mokra ziemia i zbutwiałe liście Przełknęła z trudem. Przez jej suchy przełyk przetoczył się piekący, ostry ból, od którego aż zaszły jej łzami oczy. Odstawiła naczynie. Potrząsnęła głową i nakreśliła dłonią w powietrzu kształt pustego domu, niemo, lecz kategorycznie domagając się wyjaśnień.
Eleonora usiadła naprzeciwko i poprawiła okulary.
— Nikt nie zniknął, dziecko. To ty przyszłaś za późno.
Amelia zmarszczyła brwi, uderzając palcami w blat.
Część 33 / 4
— Jesteśmy tam, gdzie jesteśmy — ucięła staruszka. — Minęło dwadzieścia pięć lat. Czas się zamyka.
Amelia wyprostowała się, a jej twarz stężała w twardym sprzeciwie. To były przecież tylko jej urodziny. Eleonora zaśmiała się. Sucho, krótko.
— Urodziny. Tak. Ja też tak myślałam.
Sięgnęła przez stół i chwyciła dłoń Amelii. Uścisk był niezwykle mocny, a skóra staruszki szorstka i wyschnięta jak kora. Chciała cofnąć rękę, ale nie miała siły wyrwać się z tego mechanicznego chwytu.
— Słuchaj mnie — sklepowa przysunęła twarz bliżej. Jej oddech nie miał żadnego zapachu. Nie niosła ze sobą najmniejszego ciepła. — Nie szukaj tego, co było. To, co zgubiłaś, nie jest w domach. Jest na drodze.
Zaskoczona wbiła w nią pytający wzrok.
— Prześniedź — szepnęła stara kobieta.
Część 44 / 4
Amelia zamrugała. Znowu to przeklęte słowo.
Eleonora puściła jej rękę i opadła na oparcie krzesła, jakby nagle uszło z niej całe życie.
— To znaczy, że rdza wchodzi głęboko. Że to, co błyszczy, kłamie. Że trzeba iść, póki czas. Matowieje, rozumiesz? Prawda matowieje.
Pokręciła przecząco głową. Wlepiła wzrok w staruszkę, domagając się czegokolwiek, co miałoby sens, ale Eleonora już na nią nie patrzyła. Jej zmęczone oczy spoczęły na Mai, która wciąż stała w progu. Patrzyła na trzylatkę z ciężkim, niewypowiedzianym żalem.
Amelię oblał nagły, dławiący strach. Ten sam ślepy, bezwzględny instynkt, który kazał jej zawsze sprawdzać, czy Albert na pewno jest za nią. Odwróciła gwałtownie głowę w stronę chłopca.
Siedział nieruchomo, z głową opartą o rękę. Zmrużyła oczy. Przez cienką jak pergamin, przeraźliwie bladą skórę jego nadgarstka dostrzegła ciemną plamę sęka w drewnianym blacie. Widziała stół przez jego ramię.
Zimny,…