Wróć do katalogu

Prześniedź - Rozdział 11

Rozdział 11

Anolinkaopublikowano 7 czerwca 20268 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Biegli, dopóki mroczne zarysy budynków nie zostały w tyle. Zwolnili dopiero na skraju gęstwiny. Przed nimi wyrósł samotny, odcięty od reszty świata budynek sklepu z czerwonej cegły. Amelia stanęła. Gwałtownym ruchem dłoni nakazała dzieciom iść w tamtą stronę. Albert nie protestował, był zbyt zmęczony, a Maja po prostu pociągnęła ją za rękę. Wokół panowała absolutna, martwa cisza.

Podeszli do wejścia. Sklep był zamknięty, ale w oknie na piętrze paliło się żółte, mętne światło. Uderzyła pięścią w drewno. Żadnego echa. Eleonora Domańska otworzyła bezszelestnie. Wyglądała tak samo jak zawsze – ten sam kok, te same okulary. Tylko oczy się zmieniły. Kiedyś były ciepłe, teraz wyglądały jak tafla brudnego lodu.

— Jesteś — stwierdziła chropowatym głosem, nie zadając pytania.

Amelia oparła się o framugę. Chciała wiedzieć co się dzieje i gdzie podziali się wszyscy ludzie.

Staruszka cofnęła się, wpuszczając ich do środka. W sklepie, gdzie kiedyś pachniało chlebem i drożdżami – teraz unosiła się ciężka woń kurzu i czegoś, co dawno uległo rozkładowi. Jak zgniłe jabłka w zamkniętej piwnicy.

— Siadajcie — wskazała krzesła na zapleczu.

Albert opadł na blat i natychmiast zamknął oczy. Maja została w progu, wymieniając z Eleonorą długie, puste spojrzenie. Nie mrugnęła ani razu.

— Widzę, że nie przyszłaś sama — mruknęła sklepowa. — Dobrze.

Postawiła na stole kubki i nalała ciemnego, mętnego naparu z dzbanka stojącego na piecu. Płyn nie parował.

— Pijcie — powiedziała podając napój dziewczynce. Mała nadal nie spuszczała z niej wzroku.

Amelia podniosła kubek. Gruba ceramika nie oddała jej dłoniom najmniejszego ciepła. Upiła łyk. To nie była herbata. Smakowało jak mokra ziemia i zbutwiałe liście Przełknęła z trudem. Przez jej suchy przełyk przetoczył się piekący, ostry ból, od którego aż zaszły jej łzami oczy. Odstawiła naczynie. Potrząsnęła głową i nakreśliła dłonią w powietrzu kształt pustego domu, niemo, lecz kategorycznie domagając się wyjaśnień.

Eleonora usiadła naprzeciwko i poprawiła okulary.

— Nikt nie zniknął, dziecko. To ty przyszłaś za późno.

Amelia zmarszczyła brwi, uderzając palcami w blat.

— Jesteśmy tam, gdzie jesteśmy — ucięła staruszka. — Minęło dwadzieścia pięć lat. Czas się zamyka.

Amelia wyprostowała się, a jej twarz stężała w twardym sprzeciwie. To były przecież tylko jej urodziny. Eleonora zaśmiała się. Sucho, krótko.

— Urodziny. Tak. Ja też tak myślałam.

Sięgnęła przez stół i chwyciła dłoń Amelii. Uścisk był niezwykle mocny, a skóra staruszki szorstka i wyschnięta jak kora. Chciała cofnąć rękę, ale nie miała siły wyrwać się z tego mechanicznego chwytu.

— Słuchaj mnie — sklepowa przysunęła twarz bliżej. Jej oddech nie miał żadnego zapachu. Nie niosła ze sobą najmniejszego ciepła. — Nie szukaj tego, co było. To, co zgubiłaś, nie jest w domach. Jest na drodze.

Zaskoczona wbiła w nią pytający wzrok.

— Prześniedź — szepnęła stara kobieta.

Amelia zamrugała. Znowu to przeklęte słowo.

Eleonora puściła jej rękę i opadła na oparcie krzesła, jakby nagle uszło z niej całe życie.

— To znaczy, że rdza wchodzi głęboko. Że to, co błyszczy, kłamie. Że trzeba iść, póki czas. Matowieje, rozumiesz? Prawda matowieje.

Pokręciła przecząco głową. Wlepiła wzrok w staruszkę, domagając się czegokolwiek, co miałoby sens, ale Eleonora już na nią nie patrzyła. Jej zmęczone oczy spoczęły na Mai, która wciąż stała w progu. Patrzyła na trzylatkę z ciężkim, niewypowiedzianym żalem.

Amelię oblał nagły, dławiący strach. Ten sam ślepy, bezwzględny instynkt, który kazał jej zawsze sprawdzać, czy Albert na pewno jest za nią. Odwróciła gwałtownie głowę w stronę chłopca.

Siedział nieruchomo, z głową opartą o rękę. Zmrużyła oczy. Przez cienką jak pergamin, przeraźliwie bladą skórę jego nadgarstka dostrzegła ciemną plamę sęka w drewnianym blacie. Widziała stół przez jego ramię.

Zimny,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych