Horror · 8 min czytania
Przewrót
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Wbiegł na pierwsze piętro nie oglądając się siebie. Wiedział, że były za nim. Wiedział, że go dopadną. Ale uciekał. Zawsze warto pożyć choć kilka chwil dłużej. Zakręcając w korytarz oddał kilka strzałów w stronę schodów. Nie widział żadnego, ale wiedział, że one tam są. Szły po niego. Szły…
* * *
Dzień rozpoczął się dla niego około godziny szóstej czterdzieści, kiedy to z otchłani snu wyrwał go straszliwy jazgot budzika. Zwinnym machnięciem strącił elektroniczny zegar z półki, uciszając go ostatecznie. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zdrzemnąć się jeszcze, ale ostatecznie zgramolił się z czarnego tapczanu w okolicach godziny siódmej. Za oknem lało. Deszcz miarowo zacinał w szyby, co nie poprawiło jego i tak fatalnego nastroju. Nienawidził deszczu, wilgoci, a już najbardziej tej pluchy, której wszędzie było pełno. Z szafy wyciągnął czarny garnitur, parę lakierek, zapiął zegarek, założył na nos przyciemniane okulary. Z wieszaka ściągnął parasol. O siódmej dwadzieścia opuścił mieszkanie. Szykowało się najgorsze sześć godzin jego życia, ale, rzecz jasna, nie mógł jeszcze o tym wiedzieć.
* * *
Za oknem prawie tak wrednie, jak w jego świecie. Zimny, listopadowy wieczór, lekka mżawka, silny wiatr. Tym razem nie zapalił świecy. Każdemu z Jasnych wręczył po kiepskiej latarce. Dziś błąkają się po kanałach. A nastrój jest nastrój. Aktoreczkę zastąpił policjant, miast szpiega w szambie błądzi mafioso. Tylko alchemik się nie zmienił. Ani trochę – dogląda wszystkiego z góry. Mistrz opowiada, starając się wyrazić słowami smród, jaki tam panuje; opisać potworną atmosferę, a przede wszystkim nie pozostawić po sobie żadnych niedopowiedzeń. Nowi Jaśni zdają się być inteligentni, dużo pytają. Może ogromna bestia czająca się za rogiem ich nie dopadnie?
* * *
Nie było problemu ze złapaniem taksówki. Ledwie sobie wyobraził, że chce z owej usługi skorzystać, a ta pojawiła się znikąd, prosto przed jego oczyma. Mistrz wkładał coraz mniej uwagi w świat. Jadąc na miejsce zastanawiał się, czy jest to rzecz dobra, czy wręcz przeciwnie…
Część 22 / 2
* * *
Policjant klnąc brnie przez kanały, rozglądając się uważnie. Światło latarki dokładnie sprawdza każdy kąt, wypatrując rzekomego potwora, widzianego przez kilka osób. Krok w krok za nim mafioso, udający prywatnego detektywa, z pistoletem gotowym do strzału. Idą. A antykwariusz, z ironicznym uśmiechem na twarzy, oparty o latarnię, pali papierosa. Czeka. Umówił się tutaj na spotkanie.
* * *
Do końca nie wiedział, dlaczego powstrzymał się, by6 oświetlić tamto miejsce, dlaczego stwierdził, że nie, że tam owego monstrum nie może być. Ale było już za późno. Monstrum wyskoczyło z rury z ogromnym skowytem, wymachując dookoła czterema rękopodobnymi kończynami. Miał chwilę, by przyjrzeć się mu dokładnie. Zielonkawa, chropowata skóra, sześć kończyn, ogromny, krzywy pysk, dwie pary niebieskawych oczu. Długi, wijący na wszystkie strony, zakończony ostrym szpikulcem, ogon. Nie myślał wiele, wpakował w cholerstwo cały magazynek, krzycząc przy okazji w niebo głosy. Gdy zauważył, że nie wywiera to na maszkarze żadnego wrażenia, próbował uciekać. Lecz był za wolny… Gangster tymczasem rzucić się do ucieczki. Wiedział, że gdy bestia skończy z gliniarzem dopadnie i jego. Pozostało mu już tylko uciekać. W połowie drogi, gdy wydawało mu się, że jest już bezpieczny, spada przed nim z sufitu druga bestia. Jasny nie chciał słuchać opisu. Po prostu wyłączył latarkę.
* * *
-Co się tu dzieje? – antykwariusz kończy jednego papierosa, po czym od razu zapala następnego. A pomyśleć, jeszcze kilka tygodni temu zawsze zwracał mu uwagę, że palenie szkodzi zdrowiu. – Co się tu, kurwa, dzieje?! -Nie wiem, o co ci chodzi. -Nie pieprz, Smith. Chociaż ty tu nie pieprz. Chociaż ty powiedz mi prawdę. Tamci dwaj już pewnie nie żyją, jeśli nie pokonałaby ich jedna bestia, zrobiłoby to osiem, albo i więcej. -Jestem tylko Ciemnym. – zabójca sprawdza, czy pistolet jest na swoim miejscu, poprawia go nieco, po czym sam wyciąga…