Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Thriller · 7 min czytania

Przez las...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przez las …

Północ. Dokoła ciemno, na niebie nie widać ani jednej gwiazdy, czarne chmury spowiły niebo, a ja jadę moim starym Fordem Mustangiem przez gęsty upiorny las. „Co mi odbiło?!” – myślę sobie. Po chwili jednak sam karcę siebie w duchu, gdyż dobrze znam powód mojego nocnego pobytu w lesie. To fakt – jestem zestresowany. Dobrze chociaż, że ta leśna droga nie jest aż tak strasznie wyboista; dlatego też jeszcze bardziej dodaję gazu. „Im szybciej, tym lepiej." – myślę. Mijam szybko kolejne drzewa w nadziei, że już wkrótce ujrzę przed sobą spokojną, gładką taflę jeziora, do którego zmierzam. Czas jednak ciągnie się niemiłosiernie. Jest bardzo gorąco… czułem to już wcześniej, ale dopiero teraz staje się to tak dokuczliwe. Odsuwam szyby w samochodzie, gdy wtem… Jeb!!! Mustang uderzył w coś tak mocno, że aż zarzuciło go na pobocze. - Co jest do cholery ?!!! – drę się na cały głos. Od razu jednak milknę, wściekając się na siebie. Przez chwilę siedzę w wozie zszokowany. Co to było?! Wtedy to rozum płata mi figla – podpowiadając najczarniejszy scenariusz; na myśl przyszła mi bowiem jedna ze strasznych miejskich legend, tak bardzo popularna w mojej miejscowości. Mówi ona o psychopatycznym mordercy, z wielkim, żelaznym hakiem zamiast ręki, którym to zabija naiwniaków, którym zachciało się nocnych wycieczek po lesie… Takimi opowiastkami straszy się zwykle dzieci, jednak o północy w upiornym lesie, sam... Ty też byś się bał. To obudziło moją wyobraźnię. Postanawiam nie wysiadać z samochodu. Siedzę bez ruchu może 15 minut, gdy uświadamiam sobie, że nie mam wyjścia. Muszę sprawdzić co to było i jechać dalej. Wyjmuję ze schowka latarkę, wypadam z wozu i idę do maski. Nadal miota mną niepewność i strach; mam obawę, że nagle hak psychopatycznego zabójcy wbije się w moją głowę i rozpłata ją na pół. Wszechobecna cisza kryjąca w sobie najgorsze z możliwych koszmarów, jeszcze bardziej potęgowała moje przerażenie. Poświeciłem latarką na przód Mustanga i zamarłem… znajdowało się tam… mnóstwo świeżej krwi, która jeszcze kapała na ziemię. Odgłos kropli spadających ze zderzaka na ziemię był strasznie głośny… Byłem przerażony, do tego ta zatrważająca ciemność… Poza tym na masce znajdowało się ogromnej wielkości wgniecenie, zderzak był popękany w kilku miejscach. „Kurwa mać, opanuj się, weź się w garść!” – rzekłem sobie w duchu. Resztki zdrowego rozsądku kazały mi sprawdzić skąd ta krew się wzięła; to było już w miarę łatwe, poszedłem po śladach krwi. Doprowadziły mnie one w miejsce oddalone o kilkanaście metrów, co oznaczało, że ofiaręmusiało odrzucić daleko z powodu dużej prędkości wozu. Nie przypuszczam, żeby ktoś takie uderzenie przeżył. Podążam dalej, szukając… gdy wtem o coś się potykam i upadam na ziemię. Szybko wstaję, świecę latarką – na ziemi, bez ruchu, leży ogromnych rozmiarów dzik. Trochę mi ulżyło, że to nie człowiek. „Mimo wszystko nadal pozostawiam po sobie ślady – myślę. – To niedobrze…” Wracam szybko do samochodu i ruszam. Mimo takiego uderzenie – co ciekawe – jedzie bez zarzutu. Postanawiam wbrew wszystkiemu załatwić to, co mam do zrobienia,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%