fantastyka · 6 min czytania
Rodzinny galimatias, czyli jak nie dosiadać smoka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Lady Litiana Lyr von Blackclaw, dla przyjaciół Liti, była wściekła. Od blisko godziny toczyła zażartą dyskusję, wychodząc z niej do tej pory z niczym. - Posłuchaj – zaczęła po raz dwudziesty któryś – wiem, że ty i ja nigdy się dobrze nie dogadywałyśmy, ale w obecnej sytuacji musimy współpracować. No, dalej, zrób to chociaż dla mojego ojca. – Niestety. Po tej wzruszającej przemowie spotkała się tylko ze zdegustowanym spojrzeniem i oburzonym parsknięciem. – Uch… Wega, ty durny latający cielaku! – Zaczęła wymachiwać przed smoczycą palcem, mając nadzieję, że przekona ją jednak do zmiany zdania. - No proszę… Takie słownictwo u damy – dobiegł ją zza pleców głos bynajmniej nie przyjazny. Liti odwróciła się z zamiarem rzucenia na rozmówcę jakiegoś okropnego zaklęcia, ewentualnie przywalenia mu w twarz. To, że rozmówcą była jej własna, rodzona i biologiczna babka, nie miało jakiegokolwiek znaczenia. No, może malutkie, ale kto zwracałby na to uwagę? Oprócz jej ojca, oczywiście. Evelyn Destemonda von Blackclaw, dla przyjaciół… Evelyn, stała prosto w swej przepysznej, długiej sukni, o wyjątkowo uroczym, śliwkowo-buraczanym odcieniu. Liti nie lubiła buraków. Śliwek w sumie też nie. - Czy nie powinnaś teraz ćwiczyć zaklęć lub czegoś w tym rodzaju? – spytała wiekowa dama, tonem tak zimnym, że aż… lodowatym. Jej własna, rodzona i biologiczna wnuczka stwierdziła, że tym oto sposobem wzbiła się na wyżyny swej lodowatości. A to było nie lada wyczynem, nawet dla kogoś takiego jak Evelyn. Liti naburmuszyła się, nastroszyła i wykonała wszystkie czynności, by prezentować się równie dumnie i lodowato, co babcia. Gdy miało się na sobie utytłaną błotem płócienną koszulę, zupełnie nie pasującą do młodej damy, było to niemal niewykonalne. Ale Liti się starała. -{i} To{/i} – pomachała dłonią przed pyskiem Wegi, dokładnie wskazując miejsce, gdzie smoczyca wyszczerzyła swoje białe kły – jest niezwykle zbliżone do zaklęć. I wiąże się z moją nauką w Akademii – odparła, siląc się na uprzejmy ton, chcąc jednocześnie brzmieć równie chłodno i dystyngowanie jak Evelyn. No, może nie dystyngowanie. Jednak chłodno na pewno. Ukochana babcia wzruszyła pogardliwie dystyngowanymi w każdym tego słowa znaczeniu ramionami i odparła wyniośle: - Lepiej skup się na nauce, a nie tych swoich dziecinnych fanaberiach. Że też twój ojciec na to pozwala. Przecież smok tak naprawdę do niczego ci nie jest potrzebny. - Ale… - Przybrała rozgniewaną minę, mając nadzieję, ze zamaskuje chwilową niemożność znalezienia sensownych argumentów. – Ale… Wega i ja jesteśmy bardzo zżyte. Osoba postronna, taka jak ty, {i}droga babciu{/i}, nigdy nie zrozumie więzi, która nas łączy. – Dla potwierdzenia własnych słów poklepała smoczycę po łbie. Ta jednak, wyjątkowo…