Dla dzieci · 4 min czytania
Ropucha
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzisiaj chcę opowiedzić wam niesamowitą historię, która wydarzyła się w górach Katskill, koło Nowego Jorku.Nigdy nie sądziłem, że fabuła zrodzona przez wierszową wyobraźnię sprawdzi się w rzeczywistości. Wiersz "Góry", opublikowany na blogu przerósł mnie wyobraźnią, co jest dowodem, że niekiedy jakaś siła wyższa kieruje naszym pisaniem. Opowiem przygody jakie przeżył Adaś na letnim campie. Była słoneczna, parna niedziela dnia piętnastego lipca dwa tysiace dwunastego roku. Wyjechaliśmy z Nowego Jorku, dokładnie o godzinie dziesiątej rano. Głównymi pasażerami długiego minivana była dwójka dzieci - dziewięcioletni Adaś i jedenastoletnia Julia. Całą urlopową wyprawę sponsorowali rodzice dzieci. Mieli nas dostarczyć bezpiecznie do ośrodka wczasowego, który znajdował niedaleko małego, górskiego miasteczka, o wdzięcznej nazwie Margaretwill. Szefem wyprawy była groźna babcia dzieci - Joanna. Podróż minęła bez żadnych przygód. Po czterech godzinach jazdy dotarliśmy do celu podróży. Okazało się, że był to obóz dla dzieci, wzmocniony armią opiekunów w różnym przydziale wiekowym. - Co ja tu robię - zadałem sobie milczące pytanie. Niewysokie góry pokryte lasami mieszanymi strzegły skrawka płaskiego terenu, porośnięty krzakami, gdzie szemrał górski strumyk, który poił okoliczną, dziką zwierzynę resztkami czystej, przeźroczystej wody. Kilka dwupiętrowych, starych budynków wczasowych, spory basen pływacki i trzy stawy rybne w których rezydowały żaby. Kort tenisowy i rozwieszona siatka do gry w siatkówkę - zapraszały. - Pokiwałem głową z dezaprobatą, głośno zaś chwaląc ośrodek. - Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda - z tą myślą, uzbrojony w optymizm, zacząłem swoje niezaplanowane wczasy. Rozładowaliśmy torby z prowiantem, po czym rodzice dzieci powrócili do Nowego Jorku. Jakby na powitanie nowych gości zbiegły się z okolicznych gór czarne chmury, wisząc złowrogo nad skrawkiem płaskiego lądu, jakim była nasza wypoczynkowa…