Erotyka · 6 min czytania
Róza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W barze było gorąco. Trzydzieści stopni Celsjusza dawało się we znaki Andy'emu Locke'owi już od pół godziny. Ale czego się nie robi dla kobiety. Siedziała przed nim. Turkus jej oczu kontrastował z czarnymi, bujnymi lokami w sposób tak szczególny, że podziwiający jej orientalną urodę miał wrażenie ,że ogląda którąś z greckich bogiń. Uwielbiał na nią patrzeć. Uwielbiał kiedy się uśmiechała. Gdyby istniały studia uśmiechu ona na pewno ukończyła by je z dyplomem. Małe, zgrabne ząbki delikatnie przygryzały język. Całości dopełniały oczy. Duże, niebieskie, niesamowite. Rose Cave. Poznał ją dwa tygodnie temu. Oboje byli świadkami wypadku samochodowego. Kiedy skończyło się przesłuchanie, Andy zaproponował jej ,że ją odprowadzi. Zgodziła się. Ona nie miała nikogo, a on był samotny. Spróbowali. Tak poprostu. Tak jakby znali się od dawna. Kiedy wrócił do domu po trzeciej randce i pierwszym pocałunku, przechodząc koło lustra, przystanął. Spojrzał w nie. Na gładkiej tafli szkła rysował się trzydziestoparo letni, wysoki blondyn. Nie był specjalnie przystojny. Ot, zwykły pracownik banku, dorabiający na boku, z wyższym wykształceniem i aspiracjami do stołka. -Co ona we mnie widzi?! -przyłapał się na rozmowie z samym sobą. Ostatnio robił to coraz częściej. "Cóż staruszkowi rzuca się na mózg", zwykł kwitować. Ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Poza tym, że ona była przy nim. Każda noc, każda minuta bez niej zdawała się trwać w nieskończoność. Czuł, że jeszcze nigdy nie przytrafiło mu się tak wspaniałe uczucie. Te wszystkie bzdurne miłostki w liceum i na studiach. To wszystko było niczym. Chciał się zaangażować, może nawet założyć rodzinę. Chciał jej obecności. Jego myśli przerwało uderzenie w bark. Instynktownie podskoczył. Odwrócił się trzymając gardę, uważając na głowę. Wystraszona kelnerka upuściła pozostałe drinki. -Przepraszam...ja-szepnęła wystraszona jak służące w brazylijskich serialach które właśnie zrobiły coś złego i czekały na lanie.-To mój pierwszy tydzień w pracy. Ja...mam problemy z utrzymaniem tego wszystkiego na tacy. Bardzo pana przepraszam. Zdejmie pan marynarkę, ja to wyczyszczę. Uspokoił się. Uśmiechnął. Nie wiedzieć czemu czuł zagrożenie. Czuł, że będzie musiał walczyć o swoją kobietę jak nosorożec. Do krwi, za wszelką cenę. -Nic się nie stało, naprawdę -odpowiedział przyjaznym jak na zaistniałą sytuację tonem. Zwrócił się twarzą do Rose- Kotku jak będziemy wracać zahaczymy o pralnie, ok? Proszę się nie przejmować, poradzę sobię. Kelnerka przepraszała jeszcze dziesięć minut, potem razem z Rose wyszli z knajpy i powoli objęci wrócili do domu. Zapominając o mokrej marynarce. Kiedy weszli do mieszkania Andy'ego ten zdał sobie sprawę, że nie pościelił łóżka. Kiedyś mu się to nie zdarzało. Był perfekcjonistą, lub jak mawiali złośliwi: pedantem. Ta miłość odmieniła jego życie. Ale to nie było ważne. Liczyło się to, że czuł się szczęśliwy.…