Biografia · 14 min czytania
Rozmyślania
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tekst może zawierać literówki spowodowane pisaniem na laptopie,do którego się nie mogę przyzwyczaić.Mam nadzieję,że jednak nie będą one przeszkadzać w czytaniu.
„Człowiek wczorajszy nie jest człowiekiem dzisiejszym”
Przez okna wpadała resztka popołudniowego słońca. Niebo powoli okrywało się szarym płótnem chmur zwiastujących deszcz. Jednak to nie mogło zakłócić mojego spokoju. Nie tutaj, w zacisznej kawiarence. Jednej z ostatnich tego typu w Krakowie. Jej wnętrze pełne było wspomnień minionych lat. Ściany pokryte były fotografiami i oprawionymi wycinkami z gazet, których na próżno szukać w dzisiejszych czasach. Na jednej z nich widniało zdjęcie szeregowego Abelowicza, o którym w młodości napisałem opowiadanie. Wcześniej oczywiście przeczytałem jego krótki aczkolwiek treściwy pamiętnik. Takich ludzi jak on już się nie spotyka dzisiaj. Idealiści, romantycy, wszyscy zginęli. Pozostali tylko egoiści, zagłębiający się w labiryncie bez wyjścia. Jednostki ludzkie skazane przez siebie samych na istnienie w samotności. Stosunki międzyludzkie stały się zimne i oschłe, co nawet widać po zachowaniu osób siedzących w moim otoczeniu. Wyglądają jak nie z tej epoki, szare postacie popijające kawę z wymuszonym uśmiechem na twarzy skierowanym do swego rozmówcy. Na tle świetlistych postaci i wydarzeń, których ślady widnieją na ścianach są jak książki bez oprawy i kilku najciekawszych stron. Posiadają swoją historię, lecz nie do odczytania. Nic już nie jest takie jak dawniej. Dla sześćdziesięcioletniego mężczyzny, takiego jak ja nic nie jest na swoim miejscu. Jestem chyba najstarszym bywalcem tej kawiarenki, będącej ostatnio miejscem spotkań artystów. Kiedyś przychodzili tutaj ludzie szukający rozmówcy, teraz szukają jedynie słuchacza. Nagle wszyscy mają coś do powiedzenia. Lubię tu przychodzić by kontemplować w towarzystwie bohaterów dawnych lat, spozierających na mnie z wycinków gazet, portretów i zdjęć. Prócz wspomnianego wcześniej Abelowicza był tutaj Churchill, Marek Aureliusz, Gombrowicz oraz wiele innych sław mających wkład w istnienie świata. Najlepiej czułem się właśnie w ich towarzystwie. Zgorzkniały starzec, prowadzący dyskusje z ludźmi z portretów, popijając herbatę. Gorycz herbaty rozbudzała skostniałe zmysły, otwierając bramę pamięci, która ostatnio stawała się bardziej zapomnieniem. Nie przeszkadzało mi to wcale. W moim wieku była to rzecz zupełnie normalna, zresztą jak Na sześćdziesięciolatka trzymałem się całkiem dobrze. Nie rzadko sprawnością intelektualną (i fizyczną również!)przewyższałem swoich studentów, którym wykładałem pura veritas filozofii. Z tego, co wiem, bywam nazywany przez nich „Brzytwą”, gdyż jak Ockham „golę” głowy niektórym znamienitym myślicielom, a także moim żakom. Lecz nie przyszedł czas na wspominki. Wyjrzałem za okno. Powoli zaczynał padać deszcz, zmywając z ulic brud ludzkiej egzystencji. Jedni przyśpieszali kroku by jak najmniej zmoknąć. Inni wcale nie zwracali uwagi na mżawkę. Szli przed siebie, walcząc z sobą samym i ulewą we własnej duszy. Tych ludzi od razu można było poznać po kroku pełnym nadziei, że ten deszcz zmyje z nich troski. Siedząc przy oknie mogłem obserwować całe to zjawisko bez ograniczeń. Zresztą nie wierzyłem w coś takiego jak ograniczenia. To one wiły się w naszych głowach jak węże, my byliśmy ich autorami. Ważnym jest by nauczyć się je przezwyciężać. Spotkało mnie to szczęście. Wszystko dzięki studiom filozoficznym, które wzmocniły moją zdolność kontemplacji, dzięki czemu mogłem wyciągnąć należyte wnioski z każdego potknięcia. Kilka z nich zamieściłem w swojej książce pod tytułem „Po latach”. To było dawno. Od tamtego czasu cierpię na twórczą niemoc. Każdy, nawet najlepszy pomysł spala się jak zapałka w kontakcie z nią. Setki kartek wylądowało w koszu przypieczętowując moją pisarską klęskę. Tak było i dzisiaj. Nie mogąc wytrzymać domowej pustki, wyruszyłem przed siebie. Los sprowadził mnie tutaj, niczym ucznia ciągnionego za ucho przez nauczycielkę. W tym miejscu wydaje mi się, że czas się zatrzymał, w chwili największej chwały ludzkiej. W momencie, gdy serce szło w parze z rozumem. Była to dobrana para. Nadszedł jednak czas rozwodu, właśnie w tym czasie przyszło mi żyć. W \ludzie dawno zapomnieli, czym jest miłość, kierują się jedynie rozumem. Suchą logiką pozbawioną naleciałości emocji. Pozostały im jedynie pozory miłości, reguły, które sami sobie ustanowili. Kiedy i po co? Nie zastanawia to nikogo. Życie stało się zimną kalkulacją, by jak najlepiej wypełnić plan, który sam w sobie jest aż do bólu powtarzanym schematem. Ja nie chciałem i nie chcę takiego życia. Dlatego też moje dotychczasowe związki zaliczają się raczej do nieudanych. Zawsze, gdy myślę o nich, przypomina mi się pewna rozmowa z młodości. Odbywała się ona w kawiarence podobnej do tej. A może dokładnie w tej? Nie pamiętam. Jednak ten fragment utkwił mi w pamięci: - Zastanawiałeś się kiedyś, co myślą ludzie, gdy tak biegną przed siebie? Co jest ich siłą napędową? – Jej piękne niebieskie oczy utraciły na chwilę swój blask, powoli zalewając się smutkiem. Nawet smutek na jej twarzy był piękny. - Nie, nigdy. Dlaczego pytasz? – Spytałem, lecz zdawała się mnie nie słuchać. - Czy przyglądałeś się kiedyś oczom przechodniów? Pełnym samotności, wywołującej na ich twarzach wyraz gniewu na cały świat, że ośmielił się na nią ich skazać. Ten gniew miesza się ze wstydem, że to właśnie oni zostali dotknięci trądem osamotnienia. Szukają miłości, do końca nie wiedząc, czym jest. Przecież sami jej w większości nie przeżyli. Wierzą w jej definicję przeczytaną gdzieś lub usłyszaną w tłumie. Jedynym sensem dla nich jest mieć miłość. Zapomnieli, że zdobyć drugą osobę można tylko będąc miłością. – Mówiąc to, wciąż spoglądała za okno, przyglądając się ludziom. Mój wzrok bezwiednie podążył za jej. Wtedy ostatni raz ją widziałem. Siedząc w ciszy i rozmyślając, co to znaczy kochać. Dzisiaj wiem, że wśród tych ludzi widziała i mnie, bo zamiast ją kochać oczekiwałem miłości do mnie. - Przepraszam Pana – myśl o tym rozwiały słowa kelnerki. - Słucham? - Nie chciałabym panu przeszkadzać, ale w całym lokalu nie ma wolnego miejsca, prócz tego jednego przy pańskim stoliku – mówiła spoglądając na wolne miejsce przede mną. - Tak? I cóż z tego? – spytałem rozglądając się po sali w poszukiwaniu miejsc, lecz takowych nie było. - Tamten chłopiec – wskazała na młodzieńca stojącego przy wejściu – bardzo by chciał usiąść na chwilę w naszym lokalu. Pomyślałam, więc, że spytam pana, może akurat będzie miał szczęście. - Proszę mu powiedzieć, że ma dzisiaj szczęście – zgodziłem się chcąc sprawić tej kobiecie przyjemność. Za każdym razem, gdy tu przychodziłem witała mnie swoim promienistym uśmiechem. Miałem szansę się odwdzięczyć. Poza tym przyda mi się towarzystwo. Miałem dość rozmów z samym sobą. Niezwykłym było moje zdziwienie, gdy ujrzałem mojego kompana. Młodzieniec zbliżał się do…