podroze · 4 min czytania
Samotny zdobywca gór
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Samotny zdobywca gór 2002
Nadszedł ten dzień, kiedy w podróż w góry, wyruszyłem sam. Jakoś tego dnia nikomu z moich znajomych nie pasował ten wyjazd. Widocznie tak miało być. Mogłem wprawdzie zostać w domu, ale obiecałem sobie, że wybiorę się choćby samemu i tak też zrobiłem. Wszystkie informacje dotyczące odjazdu pociągów miałem już przygotowane z netu. Wyruszyłem zatem autobusem, na dworzec PKP w Chorzowie Batorym. Zakupiłem bilet powrotny a zaraz potem przyjechał pociąg, do którego oczywiście wsiadłem. Miałem ze sobą troszkę jedzenia i butelkę wody do picia. Do trasy byłem odpowiednio przygotowany. Miałem glany, mapkę, kompas i opracowanie całej trasy. Opracowanie te zawdzięczam mojemu przyjacielowi Geniowi, który w ogóle kiedyś wciągnął mnie w te wyprawy po szlakach... W pociągu zacząłem czytać „Piątą górę” Paulo Coelho a potem nawet miałem troszkę czasu, żeby się zdrzemnąć. Troszkę się nawet pośmiałem, bo w tym samym przedziale, siedziała ekipa młodych ludzi, która sobie żartowała. Bynajmniej nie ze mnie. I co ciekawe, obudziłem się dopiero w Wiśle Dziechcinka, a więc tam, gdzie ostatnio wysiadałem na wycieczce... W końcu dojechałem do Wisły Głębce, gdzie wysiadłem. Kompasu nie potrzebowałem używać, ponieważ pogoda była śliczna i słońce wskazywało mi kierunki. Spojrzałem jeszcze na mapę i wyruszyłem. W pewnym momencie, jeszcze na początku, miałem dylemat: gdzie iść, bo jakoś nigdzie nie widziałem oznakowania. I dosłownie w tym momencie, przede mną pojawiła się wiewiórka. Postanowiłem, że pójdę za nią. Opłaciło się, bo chwilę po tym, jak szedłem za nią, odnalazłem oznakowanie i trafiłem na szlak. Później jeszcze pewien starszy pan zapytał mnie, czy idę na Stożek. Potwierdziłem jego przypuszczenie i poszedłem dalej. Najpierw schodziłem z pewnej górki, potem było troszkę asfaltu a potem góry i las. Wędrowałem zielonym…