Inne · 3 min czytania
Sen o Świecie - cz. I: Kosmogonia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Była to dziwna chwila początku, z która nadszedł ten sen. Ból który mnie uśpił, z wolna ustępował. Z jego dogasających w skrytości strzępków rodziła się pustka, niewiarygodnie niezrozumiała i wielka. Chyba nawet w samej śmierci więcej jest istnienia niż w tym, co wtedy nastało. Ów niebyt rozciągał się od niedostrzegalnego przerażającego nieistniejacością momentu niby-stworzenia aż po wszechgranice, która była wszystkim, a zarazem nie można jej było ani zobaczyć ani dotknąć czy chociażby rozumowo odnaleźć, bo jej bytowi zaprzeczał sam sens istnienia. Najbardziej zadziwiający był jednak fakt, ze nie mogłem odszukać w tej zerowej przestrzeni, ani odrobiny mojego ciała, żadnego najmniejszego nawet ruchu, który by moja fizyczność powodowała. Pozostała tylko wiara w niepodważalność własnej egzystencji, która im mocniej odczuwałem samotność wśród nicości, tym szybciej narastała. Na początku była ułudnym omamem – mgłą, potem stała się nadzieją, ona znowu przemieniała się w siłę ducha, z której to powoli kształtował się dogmat, wszechwiedza ogarniająca wszystko czego nie było. Ów zew istnienia, z potęgującą się szybkością urastał do coraz wyższych form, pęczniał nie zajmując przy tym najmniejszego…