Fantasy · 4 min czytania
Shinigami cz. 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cały czas słyszał tę samą melodię. Ciche dźwięki marsza pogrzebowego zdawały się go prześladować odkąd tylko pamiętał. Czasem dołączał się do tego któryś z rozlicznych nokturnów, jakby zagubione, psotne kocię o niesamowicie czarnym futerku. Lubił czerń. Uwielbiał mrok. Kochał ciemność. Tylko ona była z nim od zawsze. Jego miłość, jego przyjaciółka, jego najdroższa. Europejczycy dziwnie go przezywali. Żniwiarz. Zdecydowanie wolał słodkie, japońskie określenie, shinigami, bóg śmierci. Nie wiedział, czy był bogiem. Być może, żył już tak długo. Nie potrzebował nikogo i niczego. A może się tylko oszukiwał? Czasem, w cichą, spokojną noc, gdy księżyc w pełni dumnie ukazywał swoją zwodniczą twarz, zaczynał marzyć. By mieć kogoś przy sobie, nie tylko bezosobowe wyobrażenia, milczące koncepty, tylko żywą, oddychającą osobę. Kogoś, kto by mu powiedział „tak, rozumiem cię”. By słyszeć czyjś głos obok siebie, zobaczyć uśmiech tylko do niego skierowany, należeć do kogoś. Kochał. Kochał noc. Kochał praktycznie każdą istotę, za którą podążał. Kochał obserwować. To za kim powinien iść teraz? Bezszelestnie zeskoczył z dachu budynku, mimo że od gruntu dzieliły go cztery piętra. Dla niego nie znaczyło to wiele. Skierował się w jedną z sąsiednich ulic, nie niepokojony przez nikogo. Jego niewidzialność miała prostą przyczynę. Nie maskował specjalnie swojej obecności, po prostu wyglądał całkiem przeciętnie, gdy tego chciał. Był postacią, na którą po prostu nie zwraca się uwagi. Nawet w opustoszałej uliczce w środku nocy sprawiał wrażenie zwyczajnego „tła”. Ludzkie istoty takie są - widzą to, co chcą widzieć, a nie to, co przed ich oczami. Zatrzymał się przed bramą wystawnej willi. Bez wysiłku przeskoczył ogrodzenie i zakradł się do okna na piętrze, przez które wślizgnął się do środka. Była to sypialnia młodego chłopaka, oblepiona buntowniczymi plakatami gwiazd rocka. Biurko zawalone było…