srodowisko · 3 min czytania
Skwer
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podczas złotej, Warszawskiej jesieni, Na skwerku ograniczonym ruchliwymi ulicami, Prosta topola, powściągliwy klon, Czysta brzoza i dziki orzech, Czując nadchodzący ziąb, Spokojnie pozbywają się życia, Ubierając je w złoto, By zasnąć z nadzieją, Że wymuszona decyzja o śnie Nie będzie ostatnią.
Obserwując taneczny wiatr, Opodal kręcący piruety Pobudzony pięknem chwili, Każde z drzew sypie w spokoju ducha Z ogonkami, suchymi łyżkowatymi liśćmi Na zadbaną pod sobą trawę, Gdzie, o południu, bezdomny leży Nieprzytomny. Każda z części jego ciała, Od, w trzewiki znalezione, odziane stopy, Po, o przetłuszczone włosy, zachlany łeb, Ułożyła się wygodnie, Jak rzucone kamyki żwiru. Suche liście, śmierci motyle, Głaszczą go opadając Przyjemnym szelestem, Gdy trzy źdźbła trawy Z kępy pod jego zaropiałym nosem Po nieleczonych zatokach, Ruszają się w tak wolnego oddechu.
Każdy widzi go z okna pojazdu Jadącego po śladach wymyślonego plany Na resztę życia, Lecz, gdy tylko zniknie za futryną, Zniknie na zawsze, Jakby…