Przyjaźń · 18 min czytania
Ślepiec i ukochana
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Podaj mi dłoń. - Po co? - Bo cię o to proszę. Ufasz mi? - Wiesz, że tak. - Wobec tego podaj mi dłoń. Młoda, może siedemnastoletnia dziewczyna o ciemnobrązowych, kręconych włosach podała dłoń chłopakowi na oko starszemu od niej o 5 lat. Ten delikatnie przesunął palcami po wnętrzu dłoni i przyłożył ją do swego policzka. - Ciepła - stwierdził. - I delikatna. - Czy chcesz sprawdzić też moją stopę - zapytała z figlarnym uśmiechem. - Nie musisz się uśmiechać, i tak nie widzę - odpowiedział. - To skąd wiesz, że się uśmiecham? - Może i jestem ślepy, ale nie głupi. - Nie mów tak. - Jak? - Nie mów "ślepy", to brzydkie słowo. - I co z tego, i tak w końcu wszyscy oślepną. - Nie mów tak. Naukowcy... - Naukowcy - przerwał jej - doprowadzili do tego, że wszyscy ślepną. Myślisz, że nas wybawią? Dziewczyna zabrała dłoń i odwróciła się plecami do chłopaka. Ten delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. - Przepraszam. - Daj spokój - odparła oschle. - Jak wolisz. Stali tak oboje przez kilka minut na łagodnym wzniesieniu porośniętym trawą. Przed nimi w dolinie leżało miasto, teraz spowite dymem. - Znowu spadł samolot - powiedział chłopak. - Czuję dym i zapach płonących ciał. - Chodźmy stąd - dziewczyna stanęła obok chłopaka, ten ujął dłonią jej łokieć. - Chodźmy do domu. Oboje odwrócili się i ruszyli razem w dół wzniesienia, w stronę małego domku otoczonego polami.
- Podaj mi narzędzia. Chłopak siedział przy blacie stołu w zagraconym warsztacie. Przed nim leżał częściowo rozłożony silnik od motolotni. Dziewczyna podała mu małą skrzynkę z różnymi narzędziami. Teraz każde z nich miało małą nalepkę z wytłoczonymi na niej wypukłymi punktami. Chłopak szybko przesunął palcami po wszystkich nalepkach, wprawnie podniósł potrzebny klucz i zaczął skręcać panewkę korbowodu. Dziewczyna podziwiała jak wprawnie składa kolejne elementy operując tylko dotykiem. Kolejne części zajmowały swoje miejsca tak, jakby on nadal widział. Dziewczyna wiedziała, że on widzi wszystko w swojej wyobraźni i doskonale pamięta budowę silnika, jak wielu innych rzeczy. - Potrzebujesz jeszcze czegoś? - Teraz nie. Jak go złożę, to pomożesz mi go wyregulować i zamontujemy go w motolotni. - Zrobię ci herbatę. - A jest jeszcze? - Wczoraj zdobyłam kilka paczek. - Przez "zdobyłam" masz na myśli "ukradłam"? Dziewczyna się zarumieniła. - Wiesz, jakie mamy czasy. Nie miałam wyboru. - Teraz gdzieś ktoś nie ma herbaty - stwierdził chłopak montując zawór. - Ale my mamy, i to się liczy.
Nocną ciszę przerwał ryk silników motocyklowych. Przed domkiem zatrzymało się kilku mężczyzn w skórzanych kurtkach. - Gangsterzy - szepnęła dziewczyna ze strachem. Chłopak poklepał ją po ramieniu. - Podaj mi karabin i wyłącz bezpieczniki. Ujął broń, odbezpieczył i wycelował przez małe okienko na strychu. Usłyszał ciche pstryknięcie bezpiecznika głównego. Chwilę później obok niego dziewczyna odbezpieczyła swój karabin. Chłopak oparł kolbę o ramie i wsłuchał się w ryk silników i okrzyki ludzi. Przyłożył policzek do boku kolby bardziej z przyzwyczajenia, niż z potrzeby. Nacisnął na spust. Dziewczyna podskoczyła, lecz zaraz sama oddała strzał. Pierwszy motocyklista został trafiony w środek twarzy, drugi zaś w skroń. Zanim pozostali zdołali się rozejrzeć i pomyśleć o schronieniu, padły jeszcze cztery strzały, wszystkie celne. Już pięć trupów spoczywało obok swoich motocykli, szósty był ranny w rękę i teraz biegł do domu. Trzymał małego Ingrama. Wpadł do domu i natychmiast rozejrzał się za ewentualnymi napastnikami w bladym świetle reflektorów motocykli. Ruszył w stronę schodów, lecz potrącił niechcący sznur obwieszony puszkami i kawałkami blach. Nim dzwonienie ustało, kolejny strzał pozbawił go życia. - Zaprowadź motocykle do warsztatu, potem wrzucimy ciała do szamba. Pół godziny później wszystkie, nagie teraz ciała zanurzały się w szambie z cichym bulgotaniem. I jedynie plamy krwi i wydeptana trawa świadczyły o tym, co się zdarzyło.
- Dobrze się czujesz? - Nie lubię zabijać, a tobie to przychodzi tak łatwo - dziewczyna wtulona w nagą pierś chłopaka zadrżała. Ten objął ją mocniej i pocałował. - Zwierzęta zabijam, żeby żyć, ludzi - żeby przeżyć - odpowiedział. - Lecz mimo tej pozornej bezwzględności nie lubię odbierać innym życia bez potrzeby. - Dlaczego oni w ogóle przyjechali - zapytała z wyrzutem. - Nie mogą zostawić nas w spokoju? - Oni są zwierzętami. Rabują, gwałcą, niszczą i mordują wszystko i wszystkich, którzy staną na ich drodze. Oni nie mają nic do stracenia. Nie warto też by żyli, bo oni są niczym. Niczym. - Oni są niczym - powtórzyła cicho. Chłopak delikatnie pocałował ją. Potem położył swoją dłoń na jej piersi i zaczął delikatnie pieścić mały sutek. Potem namiętnie się kochali, jakby świat miał zaraz się skończyć, a oni chcieli umrzeć wraz z nim w desperackim akcie miłości. Lecz świat jeszcze się nie skończył, a oni opadli z sił i usnęli razem wtuleni w siebie.
Część 22 / 2
- Dobrze, zakręć śmigłem. Silnik zaterkotał i zaraz zgasł. Chłopak obrócił jeszcze trochę śrubę regulacyjną w gaźniku. Obrócił dłonią przepustnicę. - Jeszcze raz. Silnik zaterkotał niepewnie, chłopak obrócił jeszcze trochę przepustnicę. Terkot przeszedł w równy warkot. Śrubokrętem obrócił jeszcze odrobinę śrubę regulacyjną, obroty silnika wzrosły i wyrównały się. Chłopak zamknął całkowicie przepustnicę i silnik zgasł. - Prawie gotowe. Chłopak umocował teraz sprężynę przepustnicy i linkę, która nią poruszała. - Podaj osłonę. - Może sama ją zamontuję? Przecież umiem. - Dobrze. Chwilę potem motolotnia była już kompletna i gotowa do lotu.
- Gdzie polecimy? - W góry - powiedział. - Znam tam jedno miejsce. - Jak tam trafimy - zapytała ze zdziwieniem. - GPS jeszcze działa - odparł. - A współrzędne już zaprogramowałem. - A dolecimy tam na jednym zbiorniku? - Tak. Dziewczyna pokręciła głową powątpiewająco. - A co tam będziemy jeść? Myślałeś o tym? - O to się nie martw. Tam jest więcej jedzenia, niż byśmy byli w stanie zjeść. - A jak wylądujemy? - Nakierujesz mnie, tam jest duża polana, z łatwością na niej wyląduję.
- W lewo! - Dziewczyna z trudem przekrzykiwała szum wiatru i ryk silnika. Motolotnia obróciła się posłusznie. - Dobrze! Jesteśmy na wprost! Maszyna powoli obniżała lot, silnik zwolnił obroty. Gdy byli metr nad ziemią, chłopak zgasił go całkowicie. Motolotnia dotknęła polany z niedużym wstrząsem, zaraz potem całkowicie się zatrzymała. Chłopak szybko z niej wysiadł i wciągnął głęboko powietrze. - Widzisz zbocze przed nami - zapytał. - Tak - odpowiedziała dziewczyna wysiadając z kabinki motolotni. - Musimy tam dopchnąć motolotnię. Kilka minut później stali przed kamienną ścianą. Chłopak wyjął z kieszeni dziwne pudełko z anteną i małą klawiaturą o szesnastu klawiszach oznaczonych od 0 do 9 i od A do F. Wystukał szybko kod i kawałek ściany wsunął się w głąb góry a następnie uniósł się. We wnętrzu zapłonęły światła ukazując krótki tunel i komorę. Dziewczyna spojrzała na niego. - Co to za miejsce - zapytała mocno zdziwiona. - Mój przyjaciel przewidział, że w końcu coś schrzanimy. Zbudował więc ten schron. Niestety, złapał jakiejś egzotycznej choroby. Nim umarł, dał mi pilota i dokładne instrukcje. Po pogrzebie tu przyleciałem i wszystko dokładnie sprawdziłem. Chciałem ciebie tu zabrać, jak tylko wybuchła epidemia, lecz oślepłem i rozbiłem awionetkę. Zresztą znasz historię, byłaś tam ze mną. Wepchnęli motolotnię do komory, która była olbrzymia. Miała w najwyższym punkcie kopulastego sklepienia 20 metrów wysokości i 30 metrów średnicy. Dziewczyna zwątpiła widząc mały samolot o złożonych skrzydłach, kilka samochodów terenowych, poduszkowiec i inne pojazdy. Oraz windę na środku, która miała 6 metrów średnicy. Chłopak znów użył pilota i wrota, przez które weszli, zamknęły się niemal bezgłośnie. Oboje stanęli na windzie. Z podłogi uniósł się panel kontrolny. Chłopak wystukał kolejny kod i wybrał drugi poziom. Dookoła windy uniosły się barierki, a ta drgnęła i ruszyła powoli w dół. Minutę później byli 100 metrów pod ziemią.
- Archaniele! Stali w okrągłym pomieszczeniu o średnicy dziesięciu metrów. Ściany, sufit i całą podłogę nie licząc dwumetrowego kręgu na środku, pokryte były czarnym panelem o lustrzanej, gładkiej powierzchni. Koło było białe, świeciło i na jego obwodzie rozmieszczone były konsole. Chłopak i dziewczyna stali pośrodku. Nagle całe pomieszczenie zajaśniało, na ścianach, suficie i podłodze ukazała się bezkresna łąka i niebo pokryte kilkoma leniwie przesuwającymi się obłokami. Przed nimi stała kamienna postać trzymająca oburącz miecz wsparty o ziemię. Miała też kamienne skrzydła i smutną twarz. - Słucham? - Głos dobiegał zewsząd. - Co wiesz o zarazie ślepoty? - Wszystko. - A odkryłeś lek? - Moja moc obliczeniowa bez ludzkiego koprocesora jest ograniczona. - A z koprocesorem zdołasz odkryć lek? - Nie wiem. Chłopak spojrzał na dziewczynę. - I co ty na to? - To fantastyczne! Kim jest ten Archanioł - zapytała…