Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

akcja · 1 godz. 15 min czytania

Słoik Michała

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W zimnej, wiejskiej kuchni gwałconej przez brudne okno złotymi promieniami słonecznego brzasku znad pełnego białych kwiatów, wczesnowiosennego sadu jabłoni, siedział przy starym, drewnianym, solidnym stole pięcioletni Michał. Wpatrzony uważnie w stojący przed nim litrowy słoik po ogórkach, wypełniony niemal w całości chaotycznie latającymi muchami, machał leniwie młodymi nóżkami przyodzianymi tylko w szare spodenki zakrywające ciało do kolan, z bordową plamą przy jedynek kieszonce, oraz schodzone sandałki, w których to potrafił przebiegać każdy ciepły dzień swojego krótkiego istnienia. Aż do wczorajszego dnia. Gospodarstwa znajdujące się najbliżej wschodu we wsi Buzun, rozrzucały już we wszystkie kierunki silne kogucie piania, które pokonując dwa, trzy kilometry, docierały do uszu Michasia Melona. Wpadając w jego, jeszcze nie rozumianą, świadomość, niczym cichy szept wyobraźni, przeplatały się z twardym, szorstkim, surowym i głośnym chrapaniem rzeczywistości – jego młodej matki i półwiekowego ojca. Dzisiejszego poranka będą jedynym gospodarstwem we wsi, które rozpocznie dzień, nim kogut powie „Dzień dobry!”. Młody Michał Melon, jedyny syn swojej trzydziestoletniej matki Katarzyny Melon, z domu Botwińska, oraz trzeci już, aczkolwiek niemal dwadzieścia lat młodszy od swojego najbliższego (mieszkającego obecnie w stolicy) brata, syn Wojtka Melona, z ojca Tadeusza, wpatrywał się w sztucznie utworzony ul pospolitych much, tych, co najwięcej ich będzie na lepie zawieszonym pod sufitem, które w marzeniu o wolności „pykały” główkami rozpędzonego, robaczego ciała w owalną ścianę słoika. Nieustannie, najmniej dziesięć na sekundę. Pobudzając się wzajemnie w chaosie, panice i przerażeniu (jeśli muchy czują w ogóle przerażenie, to tak właśnie wyglądają), bzyczały obserwowane, a czym dłużej na nie patrzeć, jakby przyspieszały jednostajnie, dla obserwatora zmieniając się w ciało stałe. Jak wrząca smoła, gotowana na największym płonieniu, której wystarczy drobna iskra, by zająć się piekielnym ogniem. W gruncie rzeczy nic w tym wszystkim nie byłoby dziwnego, gdyby nie ta twarz. Zbyt smutny Michał miał wyraz, jak na ten radosny wiek dziecka. Zbyt poważny prąd z jego oczu bił. Zbyt twarz miał oklapniętą, skamieniałą, jak na swoje beztroskie lata. Był jakby starcem w ciele dziecka. Muchy natomiast łapał świetnie. Łapać je nauczył go wcześniej wspomniany brat, gdy był niemal dwa tygodnie temu na Wielkanocnych świętach ponarzekać na „Warszafiaków”, jacy to oni chamscy, niemili i gburowaci, oraz pochwalić się, iż pracując na kasie w Samie za niecałego piątaka za godzinę, w podatkach odłożył do wychowującej go za młodu wsi wystarczającą sumę, by starą dziurę drogową „na zakręcie” (jedynym na głównej drodze), której to nie miał kto i za co załatać od ponad dziesięciu lat, załatać żwirem, i to nie jakimś lewym, odzyskanym, ale z trzeciej już ręki począwszy od żwirowni. Starszy brat Michała, podczas sytego śniadania świątecznego, w oczach rodziny był niemal kandydatem na wójta. Michał, rozumiejąc z tej bohaterskiej opowieści tyle, że na zimę w sporej dziurze „na zakręcie” nie zbierze się woda, jak co roku, i z lodowiska będzie figiel, posępniał. - Co tępaku smutasz!? – niemal krzyknął jego ojciec, waląc go w potylicę z otwartej dłoni, gdy Michał myślał smutny o końcu ze ślizgawką. – Brat twój w twym wieku som mućki doił i kuraki karmił i paczaj na kogo wyrus! – Przy stole ucichło i jedynym z obserwujących, który głowy nie pochylił w przestrachu, był Ignacy, brat „BOHATER”, co stolicy się nie boi. Gdy pięciolatek wykrzywił się już do płaczu, a wszyscy wiedzieli, jak Wojtek tego nienawidził, Ignacy popchany brzemieniem super-bohaterstwa i z doświadczeniem ciężkiej pracy w mieście, wstał od stołu, rzekł do ojca, by nie męczył „młodego”, a potem ukucnął przy bracie. - Chodź Michał. Rozumiem to, że ty nie rozumiesz prawie nic. – Uśmiech Ignacego, pełen dobrotliwości, zahipnotyzował młodszego brata, ciągnąc go w dobry humor. – Gdy byłem w twoim wieku, a pamiętam, że wszystko wydawało mi się takie wielkie i stare, kiedy siedziałem z nudów i nie wiedziałem o czym mam myśleć, łapałem muchy ze ścian. Ignacy złapawszy w życiu nie tylko miliony much, ale i stuprocentowy kontakt z młodszym bratem, który siedział wpatrzony w opowiadającego, spojrzał na ściany kuchni i niewerbalnie, niczym pomocnik magika, prezentował ręką wszystko to, co wcześniej dla Michała nie miało najmniejszego znaczenia, stając się w kilka sekund tym, czym jest złoto dla biedaka. - Ignacy jak był młody - zaczął wesoło, rozweselony trzema już kieliszkami wódki „Potańcowej”, zlizywanej łapczywie z wielkich wąsisk – potrufił w głodzinę złapać nuwet dwiaście much! – zakończył dumny. Ale Michał nie słuchał już nikogo. Nie słuchał brata, który mówił coś o słoiku; nie słuchał ojca, opowiadającego komuś z licznej rodziny przy stole, jak to Ignacy łapał muchy, by straszyć dziewczęta z gospodarstwa Bąków, pięć chałup na południe, ale wpatrywał się w ściany, na których były dziesiątki... nie... setki much. Były wszędzie. Pod obrazem, nad obrazem, po jego bokach i na nim; na każdej płaszczyźnie szafy, na drzwiach od sypialni rodziców, na kuchence, na lodówce, na podłodze i na suficie. Dziesięć, jak planety Gównianego Układu Słonecznego krążyły pod zgaszonym żyrandolem. Nawet na stole w liczebności kilku sztuk, używając długich, złożonych w rurki ust, dzieliły się wielkanocnym jedzeniem. Muchy były wszędzie i myły się, knuły coś perfidnie, wygładzały skrzydełka i odlatywały tak szybko od ściany, że przez niezauważalny lot pojawiały się po wylądowaniu kilkadziesiąt centymetrów dalej, najwyraźniej znów wpadłszy na pomysł wyknucia jakiegoś okropnego planu zagłady. Michała nie tylko zainteresowało, dlaczego jest ich w kuchni tak dużo (a przecież wiedział, że są, tylko jakoś go to nie frapowało), ale zastanawiał się też, jak je złapać. Co za odkrycie dla pięciolatka! - O! Jest – oznajmił żywo z głową w szafie Ignacy, po czym wyjął ją uśmiechniętą, a potem rękę, w dłoni trzymając pusty, umyty słoik, który posłuży w przyszłości na przetransportowanie jedzenia, gdy on sam wpadnie z wizytą. Wypadłszy już z transu Michał chciał wiedzieć tylko jedno – jak do ciasnej jasnej złapać te przebiegłe i szybkie robaki? - Michał! – Ignacy przywołał uwagę brata na swoją osobą. – Patrz i ucz się. Bohater otworzył wieko małego słoika po truskawkowym drzemie i uchwycił je w dłoń już trzymającą słoik, by jedną z górnych kończyn mieć wolną. Niczym drapieżny kot afrykański, z iskrą w oku, bez mrugnięcia, skradł się do wypatrzonej na ścianie koło obrazu muchy, która prostowała skrzydełka. Wolną rękę ułożoną w odwrócone „C”, krawędzią małego palca, przyłożył do chłodnej ściany. Atakująca Kobra – pomyślał Michał, a kobry widział w jedynej encyklopedii, jaką mieli w domu (wersja uproszczona z obrazkami, dla dzieci od lat pięciu do czternastu). Zawsze znajdowała się obok obszernej Biblii za kilkaset złotych, z pozłacanymi literami, oraz trzecim, limitowanym wydaniem wierszy Jana Pawła II, wydrukowanym kilka miesięcy po jego śmierci. To, że na tym zdjęciu była kobra, powiedział mu kiedyś właśnie Ignacy. Gdy dłoń Ignacego tylko dotknęła ściany, mucha zamarła. Drapieżca poszedł w jej ślady. Mucha wyglądała na obserwującą, uważną. Ignacy na nieskończenie cierpliwego, nie drgnąwszy nawet klatką piersiową przy oddychaniu. Obserwowali się wzajemnie, jak świadoma jedynie strachu mysz na czarno-czarującą smoczą głowę węża. Cała rodzina czekała w napięciu, co najmniej, wieczność, a miliony gwiazd w tym czasie implodowało w czarne dziury i eksplodowały widowiskowo. Nikt się nie ruszał, tylko muchy pod żyrandolem latały, jak ganiające się na parkowym trawniku szczeniaki w słoneczny. Michał z przerażenia musiał przymknąć otwarte usta powoli podnoszonymi, brudnymi pod paznokciami rączkami, bojąc się, że mucha ucieknie. Obserwowana uważnie i obserwująca obserwatora z równą powagą, mucha musiała poczuć się, najwyraźniej, bardzo pewnie siebie i już zaczęła coś knuć przednimi odnóżami. Michał niemal krzyknął bojąc się o kobrę Ignacego, gdy, jak z najlepszej procy, strzeliła w knującą muchę, sunąc po ścianie jak piorun, i nim ta zdążyła wyknuć drogę ucieczki, mogła odbić się tylko na centymetr, gdy rozwarta paszcza chapnęła ją i zamknęła się szczelnie na cztery spusty i piąty kciuk. Ciocia Michała, gruba jak stara świnia siostra jego matki, pisnęła wysoko, przestraszona i zaśmiała się sama z siebie, wydając dźwięk jak ganiany prosiak na wiejskiej paradzie „Hio, hio, hio, ghrrry, hio, hio, hio, ghrrry!”. Ofiara została złapana. Wszyscy dorośli klaskali brawa w zachwycie. Wojtek Melon dorzucał tylko między oklaskami: „Nic, a nic ci talentu nie ubyło! Nic, a nic! Nic, a nic!”. I choć każdy dumny byłby z tych, niemal na stojąco, owacji, Ignacy wpatrzony w Michała szedł krokiem zwyczajnym, unosząc dłoń do góry. Gdy zbiżył się do zachwyconego widzianą akcją brata, przyłożył mu „Pięstne Więzienie” do ucha. „Bzzzyt. Bzzzyt”. To usłyszał mały Michał. Kładąc słoik na stole przed bratem, Ignacy przykrył delikatnie wieczkiem i rozkładając dłoń powoli w kierunku uchylonej nakrętki, wypuścił czarną, bzyczącą zdobycz do środka, domykając i zakręcając przykrywkę. Niczego nie świadoma mucha latała w środku, obijając się o ścianki, upadając oszołomiona na dno, odlatując znów i znów znajdując się na dole, gdy z pełnym impetem przywaliła o wewnętrzną powierzchnię słoika. Michał chyba nigdy nie był szczęśliwszy. - Nie mogę się doczekać – zaczął do Ignacego podniecony, wiercąc się na krześle – jak nauczę tego Gacka! Razem wyłapiemy wszyyyyystkie muchy! Rodzina zaniosła się śmiechem tak wyniosłym i poniżającym, że pięciolatek aż zamilkł. - Nie bądź głupi debilu! – krzyknął przez nieustający, pijany śmiech Wojtek Melon. – Gacek jest za głupi na takie zabawy! Daj se spokój. To ptasi móżdżek. Ale Ignacy nie śmiał się jak inni. Śmiał się jak ten, który rozumie, a nie ten, który bez rozumu wyśmiewa innych. Śmiał się jak dobry, starszy brat. - Chodź Michałku. Zanim kogokolwiek nauczysz łapania much, sam musisz się tego nauczyć. Ten słoik z muchą będzie twój. – Ignacy podszedł do szafki po kolejny. – Złapanie drugiej – zaczął stłumiony wnętrzem szafki, w której miał głowę – bez wypuszczenia pierwszej nie jest takie łatwe, jak może wyglądać. Do wieczora, gdy połowa gości była już pijana, a Ignacy nałapał dwa słoiki pełne latających robali i wrócił do rozmów (jak i Potańcowej), Michał nauczył się już upolować więcej niż kilkanaście much do jednego szklanego więzienia, bez wypuszczenia żadnej z poprzednio uchwyconych. To było już jego nowe hobby. Jego nowy cel, by przestać myśleć. Jego nowa zabawa, gdy nudził się bez Gacka, który, na przykład, poszedł coś zjeść. „I jeśli ja, głupek, nauczyłem się łapać muchy” – myślał Michał – „Gacek też się nauczy. OD tego są przyjaciele, by pokazywać nowe zabawy i bawić się w nie razem!”. Tak było dwa tygodnie temu. Teraz, z litrowego słoika much o zielonym wieczku z jedną dziurką zrobioną gwoździkiem i młoteczkiem, rozbrzmiewał „Bzyt” silny, jak okrzyk szarżującej armii. Jak w gorący dzień muchy nad dwudniową padliną. A twarz Michała była zbyt smutna, jak na tak młody wiek. Zbyt smutny był Michał o świcie w kuchni. Zbyt pusty w emocjach. Pierwsze promienie majestatycznie wschodzącego po niebie słońca weszły na stół bezsprzecznie, rozbryzgując się w słoiku i , rozszczepione, oświetlając czarne muchy. Jak nadzieja, w świecie niemal zbliżonym do Polskiego. Ograniczonym w jednym litrze. Chrapanie Wojtka i Katarzyny nie ustawało przy rosnącym w mocy dniu, przybierając nawet na sile. Piania kogutów, w coraz to liczniejszej grupie zaczęły pojawiać się w powietrzu falami na tyle skondensowanymi, że nie trudno już pojąć, iż właściwy wschód, którego gospodarstwo Melonów doświadczało każdego dnia, „zapuka do drzwi” lada moment. Michał też o tym wiedział. Małe, blade, schodzone nóżki przestały bujać się w jednym momencie. Chłopiec uniósł na słabej, cienkiej szyjce blondwłosą główkę z szarymi, ledwie niebieskimi oczami, w których błysnęła iskra wspomnienia. Obrzydliwa, mroczna i nieludzka iskra wspomnienia, przy której największy optymista i najzagorzalszy Hiobista zwątpiłby w sens czegokolwiek związanego z życiem. Cała twarz oklapła nieswojo, a kąciki ust uciekły w dół, jakby pochwycone palcami. Odsuwając się cicho od stołu przy pomocy rączek, zszedł ostrożnie z dużego krzesła na skrzypiącą, drewnianą podłogę. Wykorzystując nieświadomie swoją lekkość, sprawnie podszedł do kremowej (białej przy zakupie) kuchenki gazowej podczepionej rurą pod wielgaśną butlę Propan-Butan schowaną w szafie pod zlewem. Małymi rączkami złapał za brudny uchwyt od pieca i zapierając się prawym sandałkiem o drzwiczki szafki obok kuchenki, zaczął ciągnąć je do siebie. Wypuścił czarno białe ząbki mleczne z napiętych ust i przymknął silnie oczy w sposób, w który każdy zaciska powieki, gdy boi się czegoś, czy coś mu z bliska zagraża. Michaś wyglądał, jakby nie z drzwiami kuchenki się zmagał, ale z najprawdziwszymi wrotami do zapomnianego królestwa Inków, gdzie skarby, złoto, diamenty i piękne rzeźby miały znaleźć się już tuż za zamkniętą na tysiące lat bramą. Jęknąłby głośno, wypuszczając zbędną energię w postaci powietrza zalegającego w płucach, ale wiedział, że to ICH może tylko zbudzić. Stęknął delikatnie raz, przy szarpnięciu z niecierpliwości. No i nie otwiera tej pokręconej kuchenki pierwszy, ani drugi raz. Otwiera ją trzeci raz, bo plan musiał zostać chociaż trochę przećwiczony. Trenował w nocy, gdy jego rodzice już spali, zanim zaczął po ciemku łapać muchy. Sprężynowe konary odpuściły w nierównej w zdeterminowaniu walce. Drzwiczki najpierw uchyliły się na centymetry, ukazując wyobraźni dziecka czekające na tę chwilę, uwięzione od dekad zatęchłe, zakurzone powietrze, następnie chłopiec obciążył drzwiczki całym ciałkiem i te poleciały w dół, a on na pupę. Stare deski podłogi zaskrzypiały, ale nikt się nie obudził, chrapiąc w najlepsze. Pięciolatek spojrzał w okno. Słońce było już wysoko, jak na świt. Musi się pospieszyć. Choć miał tylko pięć lat, nie umiał jeszcze czytać, pisać i liczyć dobrze do dziesięciu, czy choćby wspinać się sprawnie na wysokie dęby, jego kochany ojciec nauczył go w życiu wiele przydatnych lekcji, czasem, a nawet często, nie mając o tym pojęcia. Wielokrotnie, gdy Michał w kuchni powtórnie kolorował skrzypiącymi z otępienia drewnianymi kredkami, wycieraną w całości trzy razy gumką starą kolorowankę, ojciec piekąc coś, czy zwyczajnie chcąc ocieplić szybko dom (i zwiększyć jednocześnie wilgotność w nim panującą), opity już którymś kieliszkiem „Potańcowej”, wrzeszczał bez najmniejszej przyczyny, sycząc przez brak górnych zębów i wąsy: -Nifty gufniaszu tego nie ruf, bo dubsko słoje! Wojtek czekając, aż jego syneczek skupi się i pojmie naukę, przekręcał kurek najdalej po lewej do oporu (wtedy z pieca dobiegał syk, jak ciągłe „www” w wykonaniu Bezzębniaka), wyjmował pudełko zapałek z czarnym kotem na nim, odpalał jedną i przykładał płomień chwiejącą się ręką do jedynej dziurki w spodzie, wewnątrz. Rozległ się „BUUMPF” i po chwili z wnętrza dobiegało przyjemne ciepło. Ilekroć wąsacz odpalał piekarnik, wrzeszczał na Michała, by ten tego nie robił, bo w łef! A młody dokładnie wiedział, że ma nie odkręcał kurka po lewej do oporu, rozpalać zapałki i wtykać ją w dziurkę na dole, nawet jeśli chce. TEFO nie wolno mu było robić, i przysięgam, że pewnie minęłyby jeszcze lata, nim pierwszy raz zrobiłby to, czego mu nie wolno. Ale nie po tym, co przeżył wczoraj. Złapał pewnie największy, osamotniony kurek najdalej na lewo i czekał sekundę, może dwie, myśląc, czy i dzisiaj uda mu się zapalić zapałkę i nie spanikować. Pierwszą w życiu zapałkę zapalił wczoraj wieczorem. Gdy główka zasyczała rozpalana, Michał krzyknął i rzucił ją na ziemię. Skoczył na nią i skakał, skakał, skakał, aż ta z pewnością by się już nie zapaliła. By gniew ojca go nie dopadł, chwycił ją w palce, podbiegł za dom i wyrzucił w krzaki tam rosnące, które odwiedzały tylko bezpańskie psy, żaby, ropuchy, ślimaki, komary i pająki. Ogromne krzyżaki. Wrócił wtenczas do swojego pokoju spokojny. Rodzice go nie usłyszeli. Przykucnięty w niemal całkowitych ciemnościach pokoju z małym okienkiem, przypomniał sobie całe okropieństwo, jakie przeżył tego dnia. Całe piekło, które zamiast rozgrzewać jego serce, spaliło je w potwornej męczarni. A skoro, pomyślał, mam pięć lat i bawię się zapałkami, to mogę wszystko, nawet nie bać się ich. A te są mi potrzebne. Wyciągnął kolejną, drugą zapałkę, a jego zgięcia w dłoniach wypełniły się niemal czystym potem. Zapalił ją, puszczając po pokoju lewitujące obrazy wspomnień ostatnich kilku tygodni. Wspomnienia te, obite w różne ramy, raz złote, raz czarne, kręciły się po pokoju w okół płomienia niczym duchy, choć żywe i prawdziwe jak ogień dosięgający już połowy zapałki; jak rączka, która tę, drugą zapałkę w życiu Michała palącą się trzyma i jak jego diabelnie poważne opanowanie, strzelające z błyszczących w ogniu oczek. Był zdeterminowany. Był... - Gotowy – powiedział przekręcając kurek w opór. Silny syk wypełnił przestrzeń pomiędzy potężnym i słabszym chrapaniem z pokoju obok. Dziwny, ciężki zapach dopadł mały nosek. Michał sięgnął po pudełko, które w nocy odłożył do koszyka, otworzył je, wyciągnął trzecią w swoim życiu zapałkę i czując po raz pierwszy, że musi coś zrobić, nawet jeśli mu nie wolno, pociągnął niezdarnie czerwoną główką po brązowej drasce. Czarny kot nie przyniósł tym razem pecha, a zapałka zajęła się ogniem. Zanim wyczuwalny, nadchodzący lęk przybył do głowy chłopca, dusząc jego zdeterminowanie z wściekłością, ten, jak w automacie, przytknął ogieniek do małej dziurki. „BUUUMPF!”, i bijące ciepło. Kucając jak małpka dmuchnął na zapałkę, ta zgasła i choć nie śmiał się, był zadowolony. Trzy sekundy zbierał ciepło w twarz, które było nie tylko nagrodą, ale i potwierdzeniem, że plan szedł tak, jak miał iść. Po swojej drodze. Teraz zostało już tylko jedno. Upiec latające w amoku muchy, które łapał całą, nieprzespaną noc. - Nie wiem o czym myśleć – szeptał niemal niesłyszalnie Michał, który, jak zahipnotyzowany, wpatrywał się w słoik much. – Nie wiem, czy robię dobrze, czy źle. Jestem głupi... – Szybko uciekająca przed stłumieniem łza pociekła po suchym, prawym policzku chłopca - ... tata tak mówi. Może kolegowanie się z Gackiem dało mi głupienie? Robię źle... – Pięciolatek spuścił zmarnowaną emocjonalnie główkę ze słoika, tępo i intensywnie świecąc oczami na deski podłogi, rzeczywiście wpatrzony w pamięć wczorajszego dnia, jakby był tam i żył tam... w pieprzonej pułapce retrospekcji. Raz w ciepły, jesienny dzień, podczas codziennej wyprawy nad dzikie jeziorko, trzy pola za Bąkami, Gacek i Michał skakali i biegali w zabawie skupionej czystymi, klarownymi promieniami wiejskiego słońca, urozmaiconego płynącymi po niebie piankowymi wysepkami nieregularnych, białych chmur, gdy nagle Gacek, grzebiąc nudnie w ziemi nad zboczem do wody, znalazł brudny zwój cienkiej linki, nie przypominającej Michałkowi niczego, co do tej pory widział. Za przyzwoleniem wynikającym z przyjacielskiego braku sprzeciwu ze strony młodszego, niezdarnego kompana, Michał, ciakawy jak nigdy w swoim długim istnieniu, zabrał linkę do domu, zostawiając Gacka przed wejściem, i pokazując ją mamie, zapytał podekscytowany: -Mamooo? A do czego ta lineczka? Zapracowana, pokołduniona, wycierając brudne od ziemi z obieranych ziemniaków dłonie w niebieską w białe groszki podomkę, Katarzyna spojrzała srogo na lenia, który aż do tego momentu uśmiechał się w pełni szczerze. -Krówy doił? Kóze przebił? – rzuciła w dół zeźlona, wycierając z czoła perli od tłuszczu i soli pot. Gdy Michał tylko zrzucił twarz dziecka, budując w psychice kolejną już traumę, zapracowana domowniczyni, podjudzona zadławionym chrapnięciem jej pijanego męża z sypialni, pochyliła się nisko do chłopca, który zamarł w panice. Wielkie płuca Katarzyny nadęły się do granic pęknięcia, by przy zamkniętych oczach napiąć się znów, wprowadzając struny głosowe w niemalże ryk. – KURY KURWA MAĆ WYBIEGAŁ!!! Michał uciekł z domu, na oślep ciskając sprawnymi nóżkami. Wypadając z rozpędu przez drzwi, potknął się o próg, by upaść na ziemię, zdzierając skórę na obu kolanach i prawym łokciu. Gacek, widząc to, czmychnął w popłochu na drogę za gospodarstwo, gdzie przed chwilą opieprzony za nieróbstwo przez matkę chłopiec, postanowił pójść w jego ślady. Dwaj przyjaciele szli po prostu do zakrętu wiejską drogą, kopiąc, przepychając schodzonymi sandałkami, przemieszczając zwyczajnie z nudów zbite w kamień po ulewnym deszczu grudy piasku, raz rozbryzgując je w pył w momencie kopnięcia, raz rozłupując te mniejsze silnym nastąpnięciem, a czasami zwyczajnie pozwalali bryłkom turlać się w parabolicznej trajektorii, tłukące się przy przyspieszonej eskalacji do ostatniego ziarenka. - Lubie takie dni – zaczął wpatrzony w silny sznurek w dłoniach Michał. – Słonko świeci, krówki swobodnie puszczają bąki. – Zaśmiał się ze tego stwierdzenia, jakby opowiedział świński żart. – Ludzi nie ma dużo... Tylko – spojrzał uśmiechnięty na idącego obok, blisko niego Gacka – ty i ja. Pewnie też lubisz takie dni? Niestety Gacek nie odpowiedział. Nie mógł. - Miał! Miiiałłłł! – dobiegł ich z dali mułowy, bezakcentowy krzyk. – Głupi bachorze! – dodał ktoś, nim Michał i Gacek zdążyli odwrócić się zaciekawieni. To Wojtek, mały jak karaczan, szedł chwiejnie, od rowu do rowu, zaledwie metry od bramy ich domostwa w stronę kilkuletnich chłopców. - Miiiał! – darł się unosząc wysoko rozcapierzoną dłoń prawej ręki, jakby jego zachowanie i tak mało przykuwało uwagę. – Czechaj! Głupi bachorze! W usilnych staraniach utrzymania równowagi, Wojtek zbliżał się do nich na tyle szybko, że przestraszony Gacek dwoma w popłochu wykonanymi ruchami podbiegł do kumpla, by schować się za nim, wtulając głowę osadzoną na długiej szyi w młode plecy Michała. Gacek miał tylko trzy lata. - Co tam Miałku robisz? – zapytał zmuszony alkoholowym stanem Wojtek, gdy po mozolnej podróży zbliżył się w końcu do syna i jego najlepszego przyjaciela. – Chombinujesz, co? Wpatrzony przerażonymi, spodziewającymi się nadchodzącej pięści oczami, pięciolatek wydukał dwie, trzy bezsensowne sylaby, gdy malutka wiedza podpowiedział mu, co ma robić. Zawsze w takich sytuacjach, gdy ojciec wybudzony został z oprocentowanego snu (często przez rozbawiony, głośny śmiech Michałka, podczas beztroskiej zabawy z Gackiem na podwórzu), bił syna otwartą dłonią po skroniach, a gdyby zapłakał, byłby bity do stanu graniczącego z omdleniem po główce pełnej świata ciekawości. Na szczęście, żaden cios nie nadchodził. Nie mrugając niemal, podniósł blade od zacisku dłoniunie z sznureczkiem do ojca, niewerbalnie pytając – co to jest? -Żyłka Miałku! – rzucił po głębokim, rozchodzącym się po polach z ptasim lotem śmiechu. – To je żyłka. Do ryb łowienia. – I nim dobrze skończył zdanie, ruszył mylącymi się, co do swojej prawicowości, bądź lewicowości nogami w stronę rosnącego za rowem krzaka. Młodziaki obserwowali go uważnie i wzdrygli się tylko, gdy Wojtek pokonując melioracyjną przełęcz, stracił równowagę i runął na ziemię, jak ścięta topola, w największą depresję sztucznego kanału, leżąc tam i przeklinając kilka sekund. Wykaraskując się ostatkiem sił, podszedł do najdłuższej i najprostszej gałęzi, złapał ją za drugim podejściem i szarpiąc się jak rekin w uwięzi płetwalej paszczy, mocował się z silnymi włóknami jeszcze soczystej, zielonej kory wyładowującej energię zaczerpniętą w lecie. Głos sam pojawił się w gardle Michała: - Tato! Nie rań drzewa! Ale zamilkł błyskawicznie widząc wzrok ojca, przekazujący ni mniej, ni więcej „Moje decyzje się nieomylne. Zamilcz”, po czym wrócił do szarpaniny. To nie takie proste „Uciec jak najdalej od zagrożenia”, bo lęk przez tym właśnie zagrożeniem, czasami, staje się tak szeroki i pochłaniający, że czujemy, jakbyśmy dosłownie w nim tonęli. Zewsząd, przez nos, uszy, oczy i usta, wlewa się ciśnieniem ocean paniki, gdy my leżymy bezsilni na mrocznym, zimnym, strasznym i nieubłaganym dnie. - Muszę przez to iść – wyszeptał głośno Michał obserwując przestraszony, jak jego ojciec bije się z krzakiem, a raczej krzak broni się przed kradzieżą (rzezią) i czując za plecami, jak do granic normalności z szaleństwem Gacek dotarł koleją Trans-Zdreniki, podnosząc wysoko i odkładając delikatnie nogi naprzemiennie. - Ty też wytrzymasz Gacku... – szeptał, czując wnętrzem powiek, iż temperatura ocznych gałek niebezpiecznie wzrosła. Oby się nie popłakał. – Razem damy sobie rade. – Ale nie był tego taki pewien. Niczego teraz nie był pewien, oprócz faktu, że pijany ojciec z długim kijem nie wróży nic dobrego. Ale musiał być silniejszy, bo był starszy. Kora puściła ostatecznie. Wojciech, nie licząc sprawnie w rzeczywistości, nabrał za dużo siły przy ostatnim szarpnięciu i (jak nawet Michał by się domyślił) wraz z nowym nabytkiem, podbiegł tyłem dwa kroki i padł na twardą glebę, uwieńczając wszystko prostym, niczym amen w pacierzu: - Kufa maf! – Bo sztuczna szczęka obluzowana, spadła, kurząc się, wprost na ziemię wraz z właścicielem. Może nawet w jednej chwili pięciolatek, jak to dziecko, pomyślał tej sytuacji, jak o najśmieszniejszej, jaką ostatnio widział. Może i inne dziecko w jego wieku zaśmiewałoby się piskliwie i śmiało się, i śmiało, aż młode mięśnie popuściłyby trochę siuśków i majtki trzeba by zmienić. Może nawet trochę usta Michała podniosły się w niekontrolowanym uśmiechu i może... Gdyby nie ten ocean wspomnień przyczepionych do niego, jak w niekończącej się nocy ćmy wielkości ptaków, lgnące do zapalonej, samotnej świecy w środku dzikiego lasu o nieokreślonym rozmiarze. Nie mógł i nie zaśmiał się, a błagał to „Dobro”, które czuł czasami, gdy długo nic złego mu się nie działo, by ojciec znów nie ubzdurał sobie, że jest inaczej. Przebieranie nóżkami trzyletniego Gacka przybrało na szybkości, kiedy wtulał się coraz mocniej w tył przyjaciela, widząc jednocześnie niezdarnie wstającego z ziemi pijanego Wiochacza „Polujący na dzidy”. Bez wstępnego choćby oczyszczenia, podpierając się kijem, Wojtek wcisnął górną, sztuczną szczękę kciukiem wolnej ręki. Potem z niepełnego rozbiegu przeskoczył rów i wykorzystując rozgrzewkę z Naturalnym trenerem, podbiegł do syna i jego przyjaciela ciężkimi krokami ciemnozielonych kaloszy. Gacek nie wytrzymał. Spłoszony wystrzelił wzdłuż dróżki w stronę „dziury na zakręcie”, miotając błyskawicznie małymi nóżkami, ale cóż mogą młodzi, zaledwie kilkuletni. Michał z przestrachem patrzył to na zbliżającego się w jego stronę pijanego ojca, machającego ze świstem w powietrzu kijem, jak w zwolnionym tempie, to na Gacka uciekającego sprawnie w promieniach gorącego, jesiennego słońca. - Myślułeś, że bedzies ryby łołił? – rzekł pijacko w spowolnieniu, w tym pokręconym zwolnionym tempie, głosem niskim, tubaltowym. Wszystko trwało tak powoli. Nogi Gacka powoli unosiły się i opadały w biegu, tak wolnym biegu. Wiatr nie wiał, a płynął jak szeroka rzeka, bujając oddalonym o kilkadziesiąt metrów złotym polem dojrzałej, późnej pszenicy w sposób ślamazarny, ale piękny w swej istocie. Wszystkie myśli Michałka biegły jak na sprincie, ale świat stanął w niewiarygodnie gęstym kisielu cytrynowym, jeszcze gorącym, takim, kiedy damy o wiele za mało wody. - Myślałeś – znów zaczął kat dzierżawiący bat, wypowiadając każdą literę z osobna, jak niekończąca się tortura. – Co? Leniu pierd... – i nawet dźwięk zamarł w bezruchu. We wszechobecnym pisku zupełnego braku odbieranych drgań powietrza, młody chłopiec patrzył wysoko w górę, gdy głowa jego ojca w identycznym co księżyc, prawie niedostrzegalnym ruchu, skliślona, przykrywała słońce cytryniące młodą buzię, której usta rozwierały się do krzyku. Skąpana wpierw w żółtej mgle światła dziennego sylwetka, weszła w promienie łączące Michała i Słońce tak głęboko, że wyrazistość jej zamiarów dała odczytać się bez omyłkowo, po tej, ciemnej stronie. Usta Wojtka, zakiślone, krzyczały coś, wyrzucając w przód przez wąsy rozbryzgi śliny, przypominające w danym momencie z orbity oglądane odłamki planety skalnej lecące w kosmos po kolizji z ogromnym meteorytem. Powolnie, rozdzielające się i łączące, tysiące głazów i kamieni; kompani ciężkich słów. Michał zaczął krzyczeć i chciał krzyczeć w pełni już, teraz, natychmiast, ale wszystko było takie powolne. Chciał wydobyć z siebie zakodowany w genach alarm do każdego, kto może mu pomóc, najgłośniej i najszybciej jak się da. TERAZ! Bo kij, choć skiślony, w skiślonym świecie o cytrynowym smaku, w momencie, gdzie nie rozchodzą się żadne dźwięki, (choć bat wyda z pewnością dudniący świst), nadlatuje wraz z pierwszymi głazami alkoholowej śliny. Wszystko w głowę Michała. Teraz, myślał chłopiec, KRZYCZ! Ale powietrze wypływające z płuc wręcz dławi go. Wychodzi za wolno, za gęsto, skiślone. Pisk dzwoni w uszach Michałka, ale widzi, że ojciec nie przestaje coś krzyczeć. Powietrze jego dziecięcego alarmu sięga już gardła, lecz po drugiej stronie znaku równości znajduje się również wędrujący kij, tak bardzo wygięty w łuk i pięciolatek już wie, że bat sięgnie go dokładnie w momencie, gdy zatęchłe już powietrze z płuc wypiszczy wszystko, co ma do zaoferowania. I choćby był ktoś, kto mógłby mu pomóc, może być już za późno. Jak superbohater, z prawej Wojtka, trzylatek Gacek leci wysoko z niebywałego wyskoku, łapiąc poszarpanymi od kopania w ziemi paznokciami za oczy napastnika. Świat przyspiesza nagle, przywracając dźwięk. - CO JEST! – wrzeszczy Wojtek. - AAAA! – wypada z gardła Michała, jak wygrana na loterii - ta główna, najgłośniejsza. Kij z ręki rozproszonego w ostatniej sekundzie kata mija o centymetr na głową jego syna i z pełnym impetem uderza odskakującego Gacka. -KuKuKuKuKuuuuu! KuKuKuKuKuuuu! Ten dźwięk wybudza Michała z wizji wspomnień. Kucając w kuchni przy wrotach piekielnych, jak Davidzi posłaniec, myśli jak daleko piał ten kogut. Najdalej dwa gospodarstwa. Jedno z rodziców przestało chrapać. Z rozwartymi w przestrachu powiekami po krańce oczodołów, ukazując lśniące gałki oczne, Michał odwrócił główkę do tyłu, jakby prześwietlając zamknięte drzwi do sypialni Wojciecha i Katarzyny Melon. W kuchni zrobiło się niemal tak cicho, jak w niedzielę, gdy wszyscy wychodzą do kościoła i w pomieszczeniu drepczą tylko pojedyncze, spokojnie szukające czegoś na obiad myszy, oraz muchy oczywiście. Rozumiejąc natychmiast, co się stanie, gdy jego opiekunowie odkryją niecny, wymyślony przez niego proceder, chciał już uciekać. Wstać i wyrwać taką długą, że zwolni dopiero, gdy zrobi się bezpiecznie, czyli prędzej padnie z wycieńczenia. Mięśnie jego nóg napięły się wstając, a kilkulatek wyprostował się jednym, szybkim ruchem. Oczu z ciągle obserwowanych drzwi nie zdejmował. To Wojtek przestał chrapać, pozwalając zagrać solową część tego koncertu własnej żonie. Cóż za dobroduszny człowiek. Ktoś niewątpliwie chce, by ta historia potoczyła się jedynym, właściwym i wcześniej zamyślonym torem. Ładujące się pojedynczymi, mokrymi i oślizgłymi strzałami wewnątrzgardłowymi, co oddech, Wojtek zaczął znów drzemać. Minęło kilka niewypałów, czyli pojedynczy strzał z upośledzonych chrap i przeciągnięty syk z nosowego prześwitu do gardła, by bezsensowny silnik napędzony alkoholem, zaczął warczeć, jak co noc. Chchchch Chchchch rrrrrrrrrrrr A rrrrrrrrrrrr A - oznajmiał spanie Wojtek. Nie tylko nie wiem, o czym w danej chwili myślał Michał, ale nie umiem też wyczytać tego z jego twarzy. Chłopiec powoli... przejmuje ster nad swoim istnieniem. Jakby zupełnie nic się nie stało, jakby ostatni występujący z szeregu chwil incydent nigdy nie przykuł jego uwagi, bijący stuprocentowym skupieniem z oczu (wiecie... jakby robił to już nie do zliczenia któryś raz), pięciolatek, omijając zwinnie położone wrota do bijącego żarem, delikatnie syczącego, jak Ewy kusiciel, Piecopiekła, szybkim krokiem podszedł do wypełnionego żywą czernią słoika na stole. Niczym strongman (blat stołu miał na wysokości klatki piersiowej), chwycił obiema rękoma w objęcia zbiorową trumnę i nie opierdalając się (dokładnie – bez zbędnego opierdalania), wrócił z nim do pieca. Wsadził przezroczystą pułapkę z brzęczącymi owadami do piekarnika, kładąc słoik na najniżej położone kratki (jedynej kratki, w gwoli ścisłości, gdyż ich para została wykorzystana do zrobienia prowizorycznego grilla kilka lat temu) i używając złożonej w kostkę szmatki jako tłumika, Michał podniósł piekielne wrota z przysiadu, a kiedy te pociągnięte za strzelające sprężyny bezgłośnie trzasnęły o ścierkę, wysunął ją i piec zamknął się szczelnie. W rozgrzanym do „Max” piekarniku, w litrowym po ogórkach słoiku piekły się setki czarnych much, na dany moment, jeszcze latających. Wycierając spocone od piekarnianego ukropu czoło tłumiącą szmatką, wyszeptał coś niebywale cicho. Może powiedział „Bardzo was przepraszam”, a może „Belzebubie, dusze zwracam”? Tego też nie wiem i boje się, bo wszystko wymyka się z pod mojej kontroli. Ścierkę dalej trzyma w dłoni. Zbliżam się do klęczącego chłopca, opisując żwawo daną sytuację i widzę, że ten wpatrzony jest we wsadzony do piekielnej windy szklany kabin. I ja klęknąć muszę, by garbić się następnie i widzieć to, co on. Przysięgam, że mały czuje się przy pięcioletnim chłopcu, choć czterokrotnie już go przegoniłem wiekiem. Jego spokój, co najmniej milion razy wygrywa nad moim niepokojem, i przysiąc bym mógł, że omal przedwcześnie nie wydaliłem wczoraj zjedzonej ryby w panierce z Corn Flakesów, gdy ten spojrzał na mnie... gdy obaj klęczeliśmy przy piekarniku. Byłem pewien, że patrzy na mnie, ale to wyłącznie moja paranoja (czyżby?). Jestem tylko narratorem w tym opowiadaniu. Michał patrzył PRZEZE MNIE, nie NA MNIE, bo nieświadomie wtargnąłem w kontakt pomiędzy nim, a słońcem. Osiągnąwszy spokój, odwróciłem się z ciekawości... Było już bardzo późno. Za bardzo, jednak, boje się iść dalej jako przeżywający. Umiem wyłączyć się z opowieści, będąc jednocześnie jej fundamentem. W końcu, jestem narratorem. Wziąłem trzy głębokie wdechy przez nos (boże, jak ta kuchni śmierdziała moczem i chyba... chyba starą spermą, którą ciągnęło z za drzwi od Chrapindoru) i wyciszyłem emocje, bo nic nie mogłem zrobić. Jestem tylko niewidzialnym relacjonującym. I... Michał... skupia wzrok... robiąc niemożliwe w jego wieku zmarszczki na czole, gdy w oświetlonym małą żaróweczką wnętrzu piekarnika słoik zaczyna klarownieć z sekundy na sekundę. Przez brudną i pożółkłą od tłuszczu szybkę widać, jak z dziurki w wieczku słoja leniwie wydobywa się ciężka para, rozrzedzająca się już po kilku centymetrach lotu. A muchy? Jedna za drugą, coraz szybciej i liczebniej, najpierw po dwie, potem cztery, po dziesięć i nagle wszystkie, jakby wyłączone, albo po wyładowaniu ostatniego elektronu z maciupkich bateryjek... padły, jak to one. Jak jeden mąż, skapitulowały z potęgą piekielnego ognia, oddając duszę ze swoich ciałek. Dla niemal każdego byłaby i będzie to zwykła para, ale nie dla Michała. Jego twarz jednoznacznie daje do zrozumienia, że ulatniający się z zaległej na dnie słoja masy much gaz, to ich życie. Szare duchy, które uciekają przez dziurkę w deklu i lądują, chcąc nie chcąc, tam, gdzie pięciolatek jest od większości swojego życia. Napinając się nieludzko, z impetem otworzył drzwiczki od piekarnika. Nim te rozwarły się na dobre, w jego bladą twarz buchnęło gorąco tak obezwładniające, że musiał znów przymknąć oczy i dać dwa kroki do tyłu, by móc je otworzyć. Gorąca masa powietrza, zakrzywiająca odbierane przez oczy światło, powodując coś pomiędzy halucynacją, a zwykłą iluzją, wylała się w takiej ilości, że zwisające na kilkanaście centymetrów liczne stalaktyty kurzopajęczyn pod całym sufitem, poczęły tańcować i bujać się, niczym płytko rosnące glony na dnie niezbyt głębokiego przesztormionego morza. Najwyraźniej dokładnie obmyślając już wcześniej, bo choć starannie, to sprawnie, Michał bez strachu podszedł do kuchenki na zgiętych nogach i wcześniej kurek „do oporu” odkręcony, dokręcił, kończąc żywot syku i gorąca ulatniającego się z jamy do domu Złego. Rozłączył się z podziemią, gdy ostatnią muszą duszę pochłonęła Davidzia łapa. Odczekując jeszcze chwilę, dmuchnął z malutkich płucek z całych sił w kierunku nagrzanego słoika. Trzymając w ręku szmatę, złapał za kratkę, wysunąć ją delikatnie i drugą, wolną, złapał pewnie za wieczko słoika. - SsssyyyaaaA... – Już by krzyknął roztrzęsiony, gdyby, nie wsadził sobie do ust oparzonej ręki. Ledwie słyszalnie dusił w gardle krzyk bólu, wybałuszając przy tym przekrwionymi od niewyspania oczami. Co ja teraz zrobię, zapytał w myślach. O w mordeczkę, jak go wyjąć? I pewnie rozpłakałby się z tak nagłego szoku, gdyby po kilku sekundach pieczenie w schowanej w buzi łapce nie ustało, a w tej, która przez szmatę trzymała kratę, ciepło nie poczęło rosnąć, stając w momencie, gdy ścierka zrobiła się bardzo gorąca, ale najwyżej tak gorąca, jak kubek z przed chwilą zalaną wrzątkiem herbatą. Ten dostrzegalny błysk w oku chłopca był prawdopodobnie wynikiem zalety jego umysłu, którą otrzymał, a która zaniknęła już w kilka pokoleń wstecz. Wyjął z buzi oparzoną dłoń. Nie czując bólu, zabrał drugą dłonią szmatę, puszczając kratki, następnie obiema rękami rozłożył ścierkę jak flagę, złożył na pół przez…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Słoik Michała — czytnik · opowiadania