Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 6 min czytania

Słoneczniki

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Promień światła wpadł przez uchyloną okiennicę sypialni i zatrzymał się na poduszce. Vincent otworzył oczy i zacisnął je znowu mocno, jak najmocniej, żeby zatrzymać resztki snu. Było mu dobrze z dala od rzeczywistości. Nie udało się, światło przedostało się już pod powieki, rysując pod nimi czerwone i żółte kółka wirujące w jakimś niesamowitym tańcu. Vincent usiadł na łóżku, leniwie wsuwając nogi w chodaki. Był zmęczony jak po długim biegu i przygnębiony, ale bezczynność podsuwała jego chorej wyobraźni coraz to nowe obrazy, wstał więc, by w końcu zająć czymś ręcei umysł. Zaparzył herbatę, bursztynowy płyn podniesiony na wysokość oczu ładnie załamywał słoneczne promyki. To było właśnie to, co Vincent lubił najbardziej - gra świateł, świetlista harmonia całego świata, piękno przedmiotu, które tylko pędzel mistrza może wynieść z mroku dodając mu barw i odpowiedniej oprawy. Herbata już dawno wystygła a on siedział tak, wpatrzony w złote refleksy. Kromka chleba z poprzedniego dnia leżała obok, ledwie nadgryziona. Nigdy nie czuł głodu. Przygotowywał sobie jedzenie tylko po to, żeby móc na chwilę zając się czymś sensowniejszym od własnych urojeń. Odstawił szklankę, oparł brodę na dłoniach i patrzył przed siebie. Stół zasłany był okruszkami chleba, sera, plamami po herbacie i zupach, które czasem gotowała mu gospodyni. Na środku stołu stał pękaty wazon pełen ściętych jeszcze niedawno słoneczników. Vincent nie pamiętał, kto je tu przyniósł. Gospodyni czy on sam, z jednej ze swych licznych wędrówek w pogoni za słońcem. Kwiaty stały dumnie wyprostowane, obracając do słońca swoje piegowate buzie obramowane złocistymi płatkami. Zginały wdzięcznie grube łodygi żeby obrócić się ku źródłu, od którego czerpały swoją nazwę. Wydawało mu się, że to swoiste przedstawienie na jego cześć a może raczej spektakl skierowany przeciwko niemu, żeby przypomnieć mu, że sam jest nikim, zupełnie nikim i nie ma prawa cieszyć się słońcem tak jak one. Złapał gwałtownie wazon chcąc cisnąć nim o nierówne deski podłogi. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Postawił go ponownie na stole i pobiegł w kąt pokoju gdzie leżały sztalugi i kilka płócien. Na czystej bieli pojawiła się pierwsza plama farby. Żółta, ciepła, słoneczna. Potem następna w tonacji ciepłego brązu, potem następna i następna. Łączyły się ze sobą niedbałymi pociągnięciami pędzla, na jeszcze przed chwilą czystym płótnie pojawiały się kolory, jawiło się słonecznikowe misterium trwania, ich nieśmiertelność, ich słoneczne dusze uwiecznione na zawsze w impaście. Kwiaty żyły, nawet na płótnie łapały słońce, złamujące się na grubych warstwach farby. Były dumne, pewne siebie,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Słoneczniki — czytnik · opowiadania