Fantastyka · 4 min czytania
Smiutki początek zdrowo chorej histori
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
porąbany dzień... chory od samego przebudzenia. świadomość tego, że wstanie za chwilę, umyje się, zje śniadanie i uda się z diabelnie ciężkim plecakiem przez długie szkolne korytarze na lekcję swojego wychowawcy napawała ją mimowolnym wstretem. czterdzieści pięć minut i pęćdziesiąt osiem sekund z debliem za biurkiem oraz klasą gapiacą sie na nia jak na breatney spears w bieliźnie. w końcu nie codzień zdża się zobaczyć na zywo córkę miliardera... i to nie byle jakiego miliardera! w końcu jej ojciec to sam hubert szafir! człowiek który żyłna na pokaz i na pokaz umarł... kolacja podchodziła jej już do gardła na myśl o spojrzeniach klasowych niemot więc darowała sobie i postanowiła odpuścić. rutyna była jej brzytwą podawana przez niweidzialnego i jakby trochę nigdy do końca nieobecnego w jej życiu Boga. bo kurczę jakby Mu zależało to i by ja dawno szlak trafił, ale On był sadystą. nie pomogło nawet to, że sama chciała się wykonczyć. nie pomógł motor, rower, za głośna muzyka, nieprzespane noce, chaty i podejrzani koledzy, kłotnie a mamą, awantury z braćmi, zgrzyty z wujostwem i resztą... nic. wszystkie starania na nic. zycie samo w sobie jest straszne, ale takie które nie chce się skończyć jest horrorem najlepszego gatunku.
-Nadzieja Szafir. klasa momentalnie ucichła. to była jak cisza po burzy. sto procent niematuralnego spokoju, że przestraszone muchy szybko wylądowały. -obecna. wszyscy w ławkach równocześnie odwrócili się w jej stronę. czuła się poniekąd jak kawał mięsa rzuconego wyglodniałym