Psychologia · 5 min czytania
Spacer
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Spacer
Szedłem już bardzo długo. Znużenie marszem, a jednocześnie strach i niezdrowa fascynacja łączyły każdą minutę. Raz za razem bicie zegara. Ale gdzie ten cholerny zegar? Drzwi… mnóstwo drzwi. Wszystkie różne tak bardzo jak tylko drzwi mogą być od siebie odmienne. Proste, ozdobne, drewniane, metalowe, zielone, białe, w kolorze naturalnego drewna. Niekończący się korytarz… -To muszą być te!- Spojrzałem na nie niemal z uwielbieniem. Takie białe, takie proste, a zarazem takie idealne. Zegar? Musi być za nimi. Tak, chyba słyszę jak tyka.- Tik, tak, tik, tak…TAK! TAK! Wchodzę! A może nie powinienem?. W końcu to czyjś umysł… To takie barbarzyńskie, spacerować sobie po czyjś marzeniach, pragnieniach, ideałach, obawach…, Ale z drugiej strony są takie… takie… pieprzyć to! musze sprawdzić! Mrok, chłodna czerń oblepiająca ciało. Trudno oddychać, przyjemny szum gdzieś? nie wiadomo gdzie. Krok za krokiem. Powoli, to nie spacer po lesie… -Wąż! Długi na siedem mil… pocałuj go. Nie możesz się bać, strach wyzwoli w nim agresssje…- Wysoki mężczyzna ubrał kaptur, zakrywając długie włosy. Obracając się lekko rozchylił usta w grymasie drwiny. Mnich z długimi włosami? To jakiś umysł po wyjątkowo ciężkim dzieciństwie. Poczułem lekki wiatr, tuż przede mną spadło kilka suchych, zżółkłych liści. Gdzieś daleko na horyzoncie zachód słońca. Czemu zachód? Słońce znikąd! -Opowiedz! Czemu?- Usłyszałem złowieszczy szept. Coś ściska usilnie za gardło, odbiera zdolność trzeźwego osądu. Coś nowego. Jest przyjemnie. Każdy to zna…Nieodparta chęć. Słońce zachodzi. Czuje się swobodnie. Siadam na zimnej posadzce. -Bałem się. Ale to takie ciekawe, nie umiałem sam sobie zabronić. Nikt mnie nie wsparł, nie pokazał mi, że można inaczej. Czułem się lepszy… -Kłamałem… bałem się. Ja też się bałem! Moje drzwi wciąż są zamknięte!- Jego głos, taki przegrany, potępieńczy. Jakby echo.- Odszedł. Słyszałem już tylko ciche łkanie. -A, co z moimi drzwiami? CO?- Krzyczałem, choć był blisko. Wyłem, błagałem… on niewzruszony odszedł. Słońce wypełniło swoją drogę. Cicho zgasło. Jego pomarańcz…