Inne · 6 min czytania
Spacer do Lamiki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Burzowe chmury zgromadzone trzaskały hałaśliwie o siebie. Ustąpiło słońce, pociemniało niebo, wygasły wszelkie jasności otoczenia. Wartkie strumyki deszczu przykryły ziemię. Kacime nie widział tego aktu przyrody, ponieważ zapatrzony był w pustą kartkę papieru, którą usiłował wypełnić. Całe pokojowe światło skupiało się na nim i biurku. Przy maksymalnej koncentracji nieposkładane myśli krążyły chaotycznie w głowie jego i drwiły sobie z pisarza. Nie wytrzymał, poddał się. Zgniótł papier, rzucił do kosza i wyszedł. Tymczasem grube obłoki chmur opadły niczym kurtyna, dopuszczając życiodajne promienie. Wiatr opanował się, ucichł. Po burzy zostały tylko kałuże. Nie było na co dłużej czekać. Należało ruszyć się gdzieś po godzinach spędzonych w domu. Założył buty i poszedł do Lamiki, która na pewno wysłucha i zrozumie. Droga nie będzie jednak łatwa, ponieważ nie wiedział, gdzie ona mieszka. Miał cichą nadzieję, że gdzieś w jego mieście. Musiał w to wierzyć, inaczej jego życie nie miało by sensu. Kiedy wyszedł z mieszkania, musiał zdecydować. Zobaczył liczne sznury tłoku, wijące się chodnikami, usłyszał zewsząd miejsce hałasy, poczuł smród benzyny. Nie lubił wychodzić na ulicę. Poszedł na północ, w stronę domków jednorodzinnych. Wiedział, że Lamika wolałaby spokój i nie szukałaby niepotrzebnych atrakcji. Ruszył ulicą Długą, skręcił w obręb Wielkiego Placu, aby wyrwać się z ludzkiej masy. Cisza ogarnęła go ponownie. Powoli jego oczom ukazywała się ruina starego wiaduktu. Pod tą sypiącą się ruderą zauważył młodego mężczyznę. - Tylko spokojnie – powiedział Kacime do niego. - Litrowa wódka w mojej bandzie – rzekł z uśmiechem ów mężczyzna. Kacime długo wychowywał się w tych stronach i rozumiał już częściowo tutejszy dialekt. Wódka oznaczała przyjemność, litrowa to znaczy, że cała, a „w mojej bandzie” to odpowiednik „po mojej stronie”. - „Cała przyjemność po mojej stronie” – przetłumaczył sobie w myślach. Okazało się więc, że wiaduktowy tubylec nie był do niego wrogo nastawiony. Co za szczęście. Kacime mógł spokojnie podążać dalej do celu, którego jeszcze nie widział. Kiedy wydostał się z Wielkiego Placu, zapadał już wieczór. Słońce czerwieniało i do połowy schowało się za horyzontem. Wpadł znów w tłum, ale jakiś przerzedzony, wieczorny. Niedaleko po lewej, za zabytkowym młynkiem był park. Pisarz po nierównych chodnikach udał się właśnie w tamtym kierunku. Lamika jest z pewnością jak woda, tryskająca w fontannie - życiodajna, upajająca mnóstwo drobnych istnień, emitująca zgromadzone ze słońca promienie, albo jak drzewa – płuca wielkiego miasta. W parku były ławki, a na…