Filozofia · 4 min czytania
Splątalnie wątków - dochodząc do słowa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kolejne takie spotkanie dawnego przyjaciela, niby przypadkiem idącego tą samą ulicą, przy której opierało się tyle popękanych, zmurszałych murów, przypomniało mu, że nadal jest tylko sobą, nadal spaja i koncentruje swój własny świat w imię stałych reguł, jakie zaszczepiono mu „przy okazji” zaprzeszłych już spraw wpisanych w biografię. Jakie to niesłychane – w uszach grzmiał śmiech konieczności – zostać skazanym na bycie wyłącznie sobą. Wyrywał się spod jarzma bez przekonania, no bo co mogłoby to zmienić i jak? Wyrysował się takiego, nakreślił już dawno. Teraz powielał jedynie utarte schematy. Sprawiało mu to niemalże fizyczny ból – ta niemożliwa oczywistość, to pokonanie autentyczności swoją kreacją. I pomyślał, że w pewien sposób jego „wątek” stał się liną – poręczą, która z początku go prowadziła, lecz teraz niebezpiecznie okręciła się wokół szyi. Jeszcze nie był pewien czy w epilogu wyjaśni się sens tego przypadkowego istnienia, ale samo dochodzenie do takiego momentu, tak wyraźne jak pedantyzm maszynopisu, wydawało mu się i było zaczątkiem końca. Gdy kolejny raz spojrzał w lustro – dostrzegł rząd określających go wyrazów, zaczepionych w nietypowych miejscach przypisów. Układały się w logiczną całość, zbyt logiczną – i to przerażało go najmocniej. A jeszcze przecież nie tak dawno dokładał, ujmował, meandrował pomiędzy znaczeniami poszczególnych słów, szukał złotego środka lub, wręcz przeciwnie, szalonych, epatujących wulgarnością, skrajności. To wtedy rzeczywiście sam o sobie stanowił. Właśnie wtedy. Teraz jego miarowe kroki, nawyki, przyzwyczajenia, stałe zachowania, takie przewidywalne, korelujące z oczekiwaniami innych – wszystko czym był, stało się płytkie. Życie i literatura – te dwa bieguny egzystencji projektowały jego postać. Rozdzierały i…