Kryminał · 41 min czytania
Splątanie cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
12 listopada 2008 roku Komisarz Robert Pławski wszedł jak co dzień do budynku Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. W samym fakcie nie było może i nic dziwnego natomiast w wykonaniu pojawił się niewinny element, który dla osób chcących stworzyć portret psychologiczny komisarza mógłby okazać się symptomatycznym. Mianowicie, pomimo dość mocno siekącej brei powstałej z jesienno – zimowego połączenia deszczu ze śniegiem Robert Pławski postawił kołnierz dopiero przed samym wejściem w drzwi główne Komendy. Chwilę potem, z policzkami otulonymi materiałem płaszcza, pomknął w kierunku windy w tempie dwa razy szybszym, niż na zewnątrz. Jednakże gdy ta dotarła na parter, a zza jej odsuwających się drzwi można było dosłyszeć pierwsze odgłosy pasażerów szykujących się do wyjścia, policjant odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę schodów. Gdy już prawie do nich dopadł i gdy kładł rękę na poręczy, szykując się do skoku przenoszącego go o dwa – trzy stopnie w górę, dobiegł go głos, który sprawił, że komisarz stanął w miejscu, a jego ramiona i głowa opadły na sygnał głębokiego westchnięcia. - Dzień dobry Panie Komisarzu! W końcu Pan jest! Musimy podejść do Naczelnika, bo z tego co wiem dzisiaj zaczyna się u nas kontrola z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Szedłem właśnie kupić kawę, ale skoro spotkałem Pana, to może od razu pójdziemy na górę, do gabinetu? - Andrzej, kurza twoja brać… – szepnął Pławski odwracając się i spoglądając na wysokiego, szczupłego blondyna o łagodnych rysach twarzy i wesołych oczach, schowanych za drucianymi oprawkami okularów – Zrobiłem przednoworoczne postanowienie, że nie będę używał zbyt często brzydkich wyrazów. W szczególności w stosunku do ludzi, z którymi pracuję. Ale jak mnie jeszcze raz podejdziesz w poniedziałek o ósmej trzydzieści i z partyzanta zaatakujesz jakimiś pierdołami o jakiejś debilnej kontroli, do tego na korytarzu, przy ludziach i z radosnym, choć moim zdaniem głupawym uśmiechem, to mogę o tym zapomnieć i dostanie ci się jak burej suce. Więc uprzejmie cię proszę zejdź mi teraz z oczu, idź kup sobie tę swoją kawkę, nie zapomnij – z mleczkiem - żeby ci miało co pod nosem zostać, i szukaj mnie za dwadzieścia minut. A, i jakby ci przypadkiem przyszło do głowy, żeby oznajmić całemu światu, w tym naczelnikowi, że jestem u siebie w biurze, to lepiej na wstępie wybij to sobie z głowy, bo inaczej do Nowego Roku będziesz porządkował stare pisma, a w Sylwestra zamiast huku korka od szampana usłyszysz co najwyżej odgłos swojej pieczątki walącej o biurko. Na zrazie, generale... Andrzej Rudniecki, pardon, aspirant Andrzej Rudniecki, asystent Pławskiego, spuścił wzrok i wzruszył ramionami. Uśmiech z twarzy trochę mu zszedł, ale z drugiej strony to nie był pierwszy raz, jak dostało mu się od szefa za - jak to nazywał - „ atawistycznie ludową awersję komisarza do wszelkich papierów i procedur”. Nie przejmował się więc tym. I obserwując kuriozalną scenę, w której pięćdziesięcioletni facet, mocno już szpakowaty, przemyka pod ścianami komendy w pełnej gotowości do tego by na widok człowieka uskoczyć do łazienki, marzył, że kiedyś mu w końcu odpysknie na te jego cięte tyrady i to tak, że mu w pięty pójdzie. Tymczasem komisarz Pławski, realizując w mistrzowski sposób taktykę bycia niewidzialnym w budynkach władzy państwowej, nie odpowiadając kolejno na jedno „dzień dobry” pochodzące z bliższej części korytarza i jedno machnięcie ręką pochodzące z części dalszej, wkroczył do swojego pokoju zatrzaskując drzwi i zapierając je dodatkowo plecami. Była godzin ósma trzydzieści dwie. Po spędzeniu minuty z głową odchyloną do tyłu, ułożoną na fornirze futryny, podszedł do swojego biurka i nie zdejmując płaszcza usiadł na obrotowym krześle. Popatrzył na rozłożone na całym blacie papiery. Przeszedł go dreszcz. I to nie ten z gatunku rozkoszy. Wręcz przeciwnie. Siedział tak kilka chwil. Potem wziął stojący do tej pory na stercie dokumentów kubek, wypełniony do połowy zimną kawą, niedopitą i zostawioną w sobotnie południe. Upił dwa łyki, potem jeszcze kilka. Odstawił go i przyjrzał się jakiemuś protokółowi z samej góry sterty. Zauważył, że odcisnął się na nim dość wyraźnie brązowo – czarny ślad spodu naczynia. Wziął go, położył na biurku i próbował wyczyścić kantem dłoni. Efekt był mizerny. Nie, nie mizerny, efekt był żaden. To było bardziej prawdziwe wyrażenie. Resztki kawy były tak zeschnięte, że nawet minimalnie się nie lepiły i cały czas otaczały wzorzystym kółeczkiem fragment zeznań jakiegoś świadka. Dał sobie więc spokój i zamaszystym ruchem rzucił go w miejsce gdzie dotąd leżał. - Kontrola - dupola… – rzucił z właściwą sobie elokwencją i umiejętnością finezyjnego opisu rzeczywistości – Już teraz co dwa tygodnie będą sprawdzać, czy parafki na zapotrzebowaniu na papier toaletowy są we właściwym miejscu i czy aby nie złamałem prawa i nie pognębiłem godności człowieka mówiąc o znęcaczach, że są zwykłymi śmierdzącymi gówniarzami… Przyjdzie jakaś prawniczyna z bożej łaski, ledwo po studiach, z kubeczkiem kawusi od Starbucks’a, z postawioną grzyweczką nad pedalskimi okularkami, w kolorowym szaliczku zawiązanym na najmodniejszy węzełek sezonu i będzie robił poważną minkę przy błędach jakie jego sokole oko wypatrzy w papierkach, które nadają się co najwyżej na makulaturę. A po południu z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku będzie szedł na sushi i dzwonił do mamusi, żeby mu skarpeteczki i majtusie na targu kupiła, bo stare właśnie mu porwały… Boże, jak ja tego nienawidzę…- westchnął -…aż mnie telepie na samą myśl… Trzeba działać, trzeba spieprzać! Ostatnie słowa napełniły Pławskiego dużą energią. Z siłą odepchnął się od biurka. W chwili gdy tył oparcia krzesła trzasnął o ścianę był już na nogach i podchodził do drzwi, które niestety w tym momencie otworzyły się i poleciały wprost na jego czoło… - Au! Andrzej! – komisarz trzymał rękę pod grzywką – Zabić mnie chcesz!? Co ja ci zrobiłem!? To, że zdarzy mi się powiedzieć parę słów prawdy na temat twojej dość mizernej osoby nie oznacza, że możesz podnosić rękę na mą nienaruszalność cielesną… - Sorka szefie – powiedział wyraźnie zaaferowany Rudniecki przeskakując z impetem próg i spoglądając na grymas Pławskiego – Sorka, ale lecę do pana bo widziałem na dole tą bakę z Ministerstwa, co na kontrolę przyszła. - A skąd wiesz, że to ona? – komisarz odwrócił się, wziął z biurka kubek i przyłożył w miejsce rosnącego guza. - No szefie… - Andrzej rozłożył ręce, a jego mina wskazywała na niezadowolenie z braku wiary w jego intuicję i umiejętności śledcze - no przecież jak ją zobaczyłem to od razu wiedziałem. Okulary, wąskie usteczka, szminkowane, torba z dokumentami, smycz na identyfikator, ten w kieszonce, kapelusik… Jak boga kocham jakby sobie na czole wypisała, że jest z Ministerstwa to nie byłaby wcale łatwiejsza do zidentyfikowania. - No dobra Sherlocku, skoro tak zręcznie wydedukowałeś, że to kontrolerka, to w związku z tym musimy jasno stwierdzić, że mamy dużo roboty na mieście. Pilnej, nie cierpiącej zwłoki. A każda sekunda spędzona tutaj to czas dany ciemnej stronie mocy… Zawijaj kurtkę i spadamy – Pławski ruszył przez drzwi zostawiając zbaraniałego aspiranta za sobą. - Ale Panie komisarzu! Naczelnik mówił, żeby zaraz się u niego pojawić! Przecież jak przyśle kogoś po nas, a my wyjedziemy, to jak nic będzie chryja! Już ma Pan u niego przechlapane, chce Pan mieć jeszcze gorzej? I chce Pan, żebym ja rykoszetem też oberwał? - Mój drogi… – szef Rudnieckiego uniósł dłonie jak ksiądz na kazaniu – Cóż możemy my - biedne robaczki, kiedy stajemy przed dylematem moralnym w postaci konfliktu między dobrem i złem, między tym co jasne i ciemne, miedzy nagłym wezwaniem do przestępstwa, a jałową dyskusją z naczelnikiem i jakąś dziwną panią. Musimy wybrać prawdę i iść w jej kierunku. Za mną więc, boży bojowniku… - Ale przecież nikt nas nigdzie nie wzywa – oponował jeszcze aspirant… - Ale w twoim raporcie będzie! Pławski dopadł schodów złapał się barierki i przystanął jeszcze na chwilę by dać czas swojemu podopiecznemu na zabranie kurtki z pokoju leżącego naprzeciwko jego biura. I w tym momencie w głębi korytarz otworzyły się drzwi, z których wyszedł łysy, wysoki i dobrze zbudowany jegomość w dobrze skrojonym garniturze. Pozostawiając drzwi otwarte, wskazał na nie gestem po czym zwracając się do niedoszłych uciekinierów rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu: - Robert, Panie aspirancie – zapraszam… Był to inspektor Hipolit Gryń – Naczelnik Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji w Warszawie.
Tego samego dnia, rankiem, na środku pasażu Wiecha przystanął mężczyzna. Można by go było określić jako przedstawiciela średnio – starszego pokolenia. Przez chwilę poklepywał się po kieszeniach kurtki, po czym z jednej wyciągnął telefon, nacisnął przycisk odbioru, przyłożył lewą ręką do ucha, a następnie zdjął zębami prawą rękawiczkę i przełożył aparat do odsłoniętej dłoni. Naciągnął mocniej czapkę, cyklistówkę nie pierwszej modowej świeżości. Poprawił na karku jasnobeżowy szalik, będący w identycznym kolorze co znoszona parka, tak by szczelniej oddzielić się od chłodu poranka. - Halo? – rzucił do słuchawki - Mógłbyś powtórzyć bo nie zrozumiałem? Poczekał chwilę i pokiwał głową, pokazując, że już słyszy. - Co u mnie? U mnie wszystko porządku, a w sumie to zależy od tego jak u ciebie? No mów, jak ta komisja? Dowiedziałeś się czegoś? Jest już ta decyzja? Deszcz ze śniegiem zacinał mocniej niż jeszcze przed chwilą, do tego w pasażu, w korytarzu pomiędzy budynkami, zaczęło też mocniej wiać od Alei Jerozolimskich. Mężczyzna schował się za jednym z filarów i w trakcie, gdy słuchał swego rozmówcy wyciągnął ze skórzanej saszetki paczkę czerwonych Marlboro i zapalniczkę. Z niewielkimi trudnościami umieścił papierosa w ustach, zapalił go i mocno się zaciągnął. W momencie gdy wypuszczał kłąb dymu przetarł siwe wąsy wierzchem dłoni, lekko się zasępił i rzekł: - Czyli rozumiem, że cała ta komisja to pic na wodę, tak? Trzy etapy, zasady, regulaminy, weryfikacja w oparciu o fakty, doświadczenie, przebieg dotychczasowej służby, itepe, itede… A wprost powiedzieli ci o co chodzi, bez kręcenia? Mężczyzna słuchał. Wciągnął po raz kolejny porcję dymu. Bardzo głęboko. Palił bardzo szybko. Zaledwie po pięciu czy sześciu zaciągnięciach papieros był na ukończeniu. Zostało może półtora centymetra bibułki, w zmienionym pod wpływem osadu i temperatury palącego się tytoniu ciemnożółtym kolorze. Długi na trzy centymetry popiół oderwał się od żarzącego czubka w momencie gdy mężczyzna odwrócił głowę w kierunku grupy młodych ludzi, która śmiejąc się i przekrzykując przemierzała ulicę Chłodną… - Że co? Że historia…- pokręcił głowa wyraźnie wyprowadzony z równowagi - …gówniarze. Przecież to jest zupełnie poza tobą. Jakie to ma teraz znaczenie. Żadnego. Żadnego. Umyślili sobie we łbach jakieś dziwne historie i niszczą ludziom życie… Rzucił peta na bruk i przydepnął podeszwą buta. - Gówniarze… – powtórzył raz jeszcze - …robią co im każą. A ci na górze nie mają żadnych oporów. Myślą, że są panami życie i śmierci. No to, kurwa, zobaczymy… Ty się nie teraz przejmuj, gwarantuję ci, że wszystko się ułoży. Ja wiem, kto za tym stoi. I ten ktoś już raz mi wszedł w drogę. A ja mu odpuściłem. Jak się okazało niepotrzebnie. Drugi raz tego nie zrobię. Mężczyzna posłuchał jeszcze chwilę, jeszcze raz powiedział swojemu rozmówcy żeby się nie przejmował, potwierdził jeszcze, że on naprawdę wie co robi i zakończył rozmowę. Włożył telefon do kieszeni i założył rękawiczkę. Popatrzył jeszcze chwilę na studentów zmierzających w stronę Nowego Światu… - Gówniarze… - zmiął w zębach przekleństwo – rujnują młodym ludziom życie ze względu na jakieś stare rozrachunki ze starymi, nic nie znaczącymi ludźmi, jak ja, których dawno temu zniszczyli i którzy nic nie mogą im zrobić.. Ale ja nie odpuszczę. Nie tym razem… Kierując kroki w przejście między dawnymi Domami Centrum mężczyzna uderzył pięści ręki w otwartą dłoń i rzekł ni to do siebie, ni to do kogoś: - Tym razem, to będziesz miał przejebane, Mieciu… Już ja ci to gwarantuję…
Kilka miesięcy wcześniej, w okolicach początków października, w mieszkaniu na warszawskiej Pradze, na ulicy Ząbkowskiej położonej niedaleko Dworca Wschodniego, działo się coś niedobrego. Pani Janina Bradecka, mieszkająca naprzeciwko emerytka w jesieni życia, otrzymująca świadczenie niższe niż połowa ćwierci średniej krajowej kwoty tygodniowego utrzymania przeciętnie jedzącego niemowlaka, wyszła na klatkę i nerwowo przeliczała zgromadzone w lewej dłoni monety, myląc się co chwila i zaczynając od nowa. Denerwowała się bardzo, bo od kilu dni miała niesamowitą ochotę na żurek. Na prawdziwym, wiejskim zakwasie. Z kiełbaską, boczkiem i jajeczkiem. Najlepiej na żeberku. I niestety, po kolejnym liczeniu cały czas wychodziło, że z boczku będzie musiała raczej zrezygnować. A i wieprzowe, wędzone żeberko być może trzeba będzie zamienić na skrzydełko kurczaka… - Czterdzieści lat pracy na kolei, zasłużona dla dróżnictwa, i teraz taka rencina…. Bójta się Boga… Ludzie, kto to widział… Za Gierka tak nie było, wtedy ludzie i robotę mieli i pieniądze. I mieszkanieśmy z Tadeuszem dostali… A teraz remerytury tyle, że ani żyć, ani umrzyć… – pani Janina mruczała pod nosem i powoli, kołysząc się z boku na bok, szła w kierunku windy znajdującej się w odległości kilku metrów, po lewej stronie drzwi do jej mieszkania. Ubrana w ciemny, bardzo masywny kożuch mogący znieść temperatury panujące na Syberii, masywne „Relaxy” – śniegowce pochodzące z innej epoki oraz beret z grubej wełny, przystanęła przed przyciskami przywołującymi urządzenie. Jej uwagę zwrócił hałas dobywający się z lokalu zajmowanego przez sąsiadów. W sumie całkiem miłych ludzi jak pamiętała. Obdarzonych śliczną córeczką w wieku kilku lat, która zawsze na widok nieznajomych chowała się za nogę któregoś z rodziców. Choć w tym momencie pani Janina zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu jej nie widywała… Ani jej, ani jej matki, ładnej brunetki po trzydziestce, tej co to jej kilka razy pomogła wnieść cięższe i większe zakupy. - No właśnie, ciekawe, ciekawe… - emerytka odwróciła się plecami do drzwi windy i mrużąc oczy oraz lekko otwierając usta podciągnęła nad ucho część beretu - …co oni tak tam hałasują, co tak krzyczą? Zanim pani Janina zdążyła usłyszeć jakiekolwiek słowo, drzwi do mieszkania sąsiadów otworzyły się, trzasnęły z hukiem o ścianę znajdującą się wewnątrz mieszkania, a w progu pojawiła się dawno nie widziana matka dziewczynki. Właściwie emerytka widziała tylko jej plecy i tył głowy, ponieważ stała w progu przodem w stosunku do wejścia. Mocno wzburzona kobieta trzymała za klamkę i podniesionym głosem mówiła: - Powiedziałam ci już! Raz na zawsze się od nas odczep! Nie chcę od ciebie nic i ty nie masz prawa chcieć czegokolwiek ode mnie! Ani od Zuzi! Po prostu umówmy się, ty nie istniejesz dla nas, a my nie istniejemy dla ciebie, chory człowieku! Zacznij się leczyć i jeszcze raz ci mówię, nie zbliżaj się do nas! Bo zobaczysz, oprócz wyroku rozwodowego załatwię jeszcze na policji i w sądzie orzeczenie, że nie będziesz mógł do mnie i do Zuzi na kilometr podejść, bo do pierdla trafisz! Kiedy skończyła mówić i chciała zamknąć za sobą drzwi pani Bradecka zobaczyła muskularną rękę, na której wytatuowane było coś, co przypominało piorun albo strzałę. Ramię przeleciało przez próg, a dłoń zacisnęła się na ramieniu kobiety. W jednej sekundzie, pomiędzy ościeżnicami pojawił się rosły i bardzo umięśniony, łysy mężczyzna w sile wieku. Próbując unieruchomić wyrywające mu się ciało, prawie je podniósł i przeszedł na środek półpiętra… - Kamila, to jest moja córka… czy ty to rozumiesz, córka, do cholery… – wycedził. - I chuj z tego, Łysy – odpowiedziała ona po czym zamachnęła się, trafiając mężczyznę paznokciami w okolice oczu i nosa – Powiedziałam ci, odpierdol się od nas! Starsza pani widziała jeszcze jak Kamila skoczyła na schody i zaczęła nimi szybko zbiegać i jak muskularny typ trzymając się za twarz niknął w wejściu do mieszkania. Chwilę potem usłyszała trzask dwojga drzwi. Domowych i do klatki. Była sama. Po chwili ciszy odwróciła się w stronę windy i zapytała: - Po co to ja wyszłam? Co ja chciałam w ogóle…? Popatrzyła na trzymane cały czas w dłoni monety. - No tak, do sklepu. Przecież miałam ochotę na kaszankę. Tak od paru dni chce mi się kaszanki…
******
Łysy został doprowadzony do furii. Wszedł do salonu i usiadł na jednym z dwóch foteli przegrodzonych wąską ławą. Złapał się za głowę, by po chwili ukryć ją w kolanach. Z jego gardła dobiegł dziwny dźwięk. Głośniejszy charkot. Stłumiony, przeciągły krzyk. Wstał i zaczął nerwowo chodzić po domu. Uderzył pięścią w ścianę. Potem kopnął stojącą przy ławie skórzaną pufę, która przewróciła się i potoczyła pod szafkę na telewizor. Potem położył dłoń na półce znajdującej się półtora metra nad wspomnianą szafką i energicznie ruszył ramieniem. Z półki posypały się wszystkie dotychczas stojące na niej przedmioty – zdjęcia w ramkach, książki, kilka płyt CD, świecznik, figurka jakiegoś afrykańskiego bożka. I wazon z ususzoną różą. Ten, trafiając na drewnianą podłogę roztrzaskał się z hukiem, a drobiny kryształków rozpierzchły się po podłodze i świeciły różnymi kolorami odbijając światła żarówek. Róża straciła prawie wszystkie płatki. Zostały dwa, może trzy, które w żadnej mierze nie mogły dodać uroku kolczastemu kikutowi, do którego były przytwierdzone. Wszystko to niespecjalnie go uspokoiło. Skierował swe kroki w stronę łazienki. Kopnął półotwarte drzwi, które odbiły się od ściany i poleciały na jego bark. Poprawił im. Pod lustrem na półce leżał duży wojskowy nóż. Najpewniej był używany do golenia. Wziął go, odwrócił się i cisnął nim z całej siły. Poleciał z furkotem i wbił się prawie do połowy ostrza w futrynę dziecięcego pokoiku. Znów z jego ust dobiegło wycie i parę niecenzuralnych słów traktujących o prowadzeniu się jego żony, jej matki i kilku pokoleń kobiet tej rodziny wstecz. Potem można było usłyszeć jeszcze tylko ciche „ Kurwa, po co mi to wszystko… Po co, do chuja, mi to wszystko…” i Łysy wrócił do salonu. Otworzył słupek stojący w rogu, w którym znajdował się barek. Wyciągnął butelkę wódki. Nalał gdzieś trzy czwarte szklanki do drinków i opróżnił jednym haustem. Nalał ponownie. Chwilę się nad czymś zastanowił, a może po prostu poczekał aby minął ogień pierwszego łyku. Pociągnął raz jeszcze. Schował butelką, szklankę z nie do końca wypitym trunkiem postawił na ławie. Wrócił do barku i czegoś w nim szukał. Zza stojących butelek whisky, wódki, wina i paru piw, przewracając szkło, wyjął pistolet i tłumik.. Usiadł na fotelu i zaczął je ze sobą łączyć. Potem przyłożył go sobie do głowy. Zamknął oczy. Nagle rzucił pistolet obok uda i wstał z fotela. Podszedł do przedmiotów, które zrzucił przed z chwilą z półki i które walały się teraz na deskach podłogi i na dywanie. Wziął dwa z nich. Zdjęcie, w ramce z rozbitą szybką, które przedstawiało jego córkę, uśmiechniętą i przytuloną do mamy oraz coś co przypominało broszkę w kształcie pikującego orła, trzymającego w dziobie błyskawicę. Kopniętą niedawno pufę ustawił na wprost fotela. Postawił na niej pokiereszowaną ramkę. Trzymając w ręku orła usiadł na fotelu i wziął ponownie pistolet. Końcówka tłumika wbiła mu się w skroń. Patrzył na zdjęcie… Palec zaczął zaciskać się na spuście. Padł strzał, cichy jak klaśnięcie… Łysy siedział a z głowy sączyła mu się strużka krwi. Lufa uniosła się i leżała teraz właściwie na boku głowy. Na suficie znać było odprysk tynku i farby. Patrząc prze siebie Łysy zaczął mówić: - Nie, kurwa, nie będzie tak. Nie będą te wściekłe kurwy wszystkim rządzić. Nie będą przy pomocy innych sądowych bladzi ludziom dzieci zabierać. Nie będą nami, do kurwy nędzy, pomiatać. Czas im, kurwa, dać nauczkę! Już czas! I Trzeba to będzie zrobić! I wszelkimi metodami i sposobami zrobię to ja! Ślubuję! Tak mi, kurwa, dopomóż Bóg! Łysy z grymasem manii i szaleństwa na twarzy, z krwią spływającą mu po policzku, ścisnął w dłoni odznakę orła, a potem otworzył pięść i go pocałował… - A tobie, jebana w dupę szmato, też się dostanie. Tyko trochę później… - wyszeptał grobowym głosem i wycelował w zdjęcie. Rozległ się suchy, stłumiony trzask wystrzału. Łysy wziął z ławy szklankę