Duchy · 18 min czytania
Sprawa osobista cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miasto Izabelanów miało, jak każda szanująca się miejscowość, swoje podziemia. Legendy mówiły o kilkunastokilometrowych chodnikach, które miały wić się pod miastem, ukrytych komnatach i tajnych przejściach. Podziemia te miały zostać wybudowane już za czasów hrabiny Izabelli Anny Skowyczy, pierwszej właścicielki miasta. Powstały na wypadek tureckiego najazdu, by mieszkańcy mieli jak z miasta uchodzić. Wyjście korytarzy ponoć było gdzieś nad zalesionym brzegiem Sanu, miejsca tego do dziś nie odkryto. Mówiono, że zostało zasypane podczas błotnej lawiny albo tąpnięciem gdzieś z głębi ziemi. Tajne korytarze zostały rozbudowane i lepiej jeszcze utajnione za czasów hrabiego Teodora Martensa. Był on wolnomularzem, członkiem narodowej polskiej loży masońskiej i jak mówili niektórzy historycy – skarbnikiem tego stowarzyszenia. Nic więc dziwnego, że po dziś dzień wśród mieszkańców Izabelanowa a i innych miejscowości, krążą legendy o masońskich skarbach ukrytych wśród podziemnych korytarzy, gdzieś pod rynkiem czy pod dzielnicami Szawirów czy Nadrzecze. Wielu próbowało, wielu połamało ręce, nogi, kilku nawet zginęło bez wieści. Ale na ślady skarbów czy tajnych korytarzy nie natrafił nikt. Ciągle więc miasteczko mogło się szczycić tylko tymi pięćdziesięcioma metrami podziemi, do których wchodziło się z rynku, po szerokich schodach, w miejscu otoczonym murkiem z czerwonej cegły, nad którym widniał gotykiem pisany napis „RESTAURACJA PODZIEMIE”. Podziemia Izabelanowa były bowiem w całości zagospodarowane przez restauratora Mażyszka. Człowiek ów wykorzystał dostępne mu korytarze na działalność gastronomiczno – rozrywkową i zrobił z nich elegancką, jak mu się zdawało, restauracje. W trzech salach, klimatyzowanych oczywiście, serwowano drinki skalne, pierogi wulkaniczne i specjalność zakładu – „Tort głębinowy”. Na ścianach wisiały obrazy uczniów miejscowego gimnazjum a także reprodukcje Klimta, Dalego czy Chagala. W sali artystycznej, jak dumnie nazywał ją Witold Mażyszek, wisiała rozpostarta na całej ścianie reprodukcja obrazu Hieronima Boscha „Leczenie głupoty”. Wszystkie te obrazy, puszczany z głośników irlandzki folk, wszystko to miało robić klimat w lokalu, czynić go czymś więcej niż tylko miejscem na jedzenie, picie i dotykanie się dłońmi przez zakochanych. Mażyszek oczami wyobraźni widział podjeżdżające z miasta wojewódzkiego samochody, eleganckie panie, bogatych panów, którzy tu właśnie znaleźli swoje ulubione miejsce na spędzania wieczorów. Dla nich to, tych przyszłych Vipowskich klientów, gdyby chcieli zatrzymać się na dłużej, zamierzał stworzyć w Izabelanowie hotel. Nie taki tandenty hotelik w stylu mosirowskich pudełek, nie motelik z pokojami na godziny jakich coraz więcej wyrastało za stacjami benzynowymi – ale hotel. Z apartamentami, z kasynem na dole, bez basenu i sauny ale z intymną salą drinków i spotkań, jak ją sobie nazywał w myślach. Biznesmeni, artyści, ludzie bogaci i nieskrępowani, wszyscy oni mogliby w spokoju korzystać z uroków dyskrecji. Najpierw kilka piw w „Podziemiu”, dobry obiad lub kolacja, trochę wina. A potem spotkanie w hotelu, kilka drinków, potem nocleg, rano śniadanie, zwiedzanie miasta, obiad i... można wyjechać, można zostać. Jest hotel, jest gdzie. Mażyszek miał pieniądze i hotel mógł wybudować w każdej chwili. Miał tych pieniędzy bardzo dużo i mógł wybudować naprawdę duży, piękny hotel i to szybko, bardzo szybko. Problem był jednak w tym, że aby plan Mażyszka mógł działać, to hotel musiał być blisko restauracji „Podziemie”. W grę wchodził więc właściwie tylko rynek. W rynku mieściło się kilka miłych i ciasnych kamieniczek, trochę sklepów, punkt pocztowy oraz zabytkowa dzwonnica. Żadne z tych miejsc się na hotel nie nadawało. W okolicy rynku właściwie też nie. Właściwie. Bo zaraz przy rynku, na ulicy Batożej, sześćdziesiąt metrów od wejścia do „Podziemi”, stała duża, mocna kamienica. Wystarczająco duża i mocna, w wystarczająco dobrym stanie, by móc przerobić ją – po odpowiedniej przebudowie i rozbudowie – na elegancki hotel. Kamienica była z dużym placem, za nią były ogrody, górowała nad ulicą Batożą i tylko dzwonnica była od niej wyższa na rynku Izabelanowa. Idealne miejsce po prostu. Kamienica należała jednak do rodziny Bursztybów. Gdyby należała do miasta, gdyby należała do Żydów czy zakonników a nawet sióstr – Mażyszek kupiłby ją już dawno. Ale ona należała do Bursztybów. Cała rodzina – dziadek Fryderyk Bursztyb, jego syn Alojzy Bursztyb z żoną Amelią i dwoje dzieci: Wiktor i Łucja. Pięcioro ludzi mieszkało w takim wielkim domu, gdzie jak mówiły sprzedawczynie z pobliskiego sklepu z nabiałem i mięsem, jest sześćdziesiąt cztery pokoje, kuchnie letnia i zimowa, wielka spiżarnia, piwniczka z winem i piwnica na wszelkie inne dobra a także kilka mrocznych korytarzy, które łączyły się z miejskimi podziemiami. Czasem Ignacy Mażyszek budził się oblany potem, gdy w jego spokojną noc wkradał się sen. W śnie tym przemykają Bursztybowie przez podziemne korytarze, tajnym przejściem wchodzą do jego eleganckiej, podziemnej restauracji. Wypijają piwo, wódki, zjadają torty i ciasta. Plują, śmiecą i tańczą na stołach i palą reprodukcje i obrazy w wielkim ognisku rozpalonym na środku sali artystycznej. Najgłośniej zaś w tym śnie śmiech Fryderyka Bursztyba, śmiech złowieszczy i opętany. Ta możliwość połączenia podziemnymi korytarzami domu Bursztybów bardzo Mażyszka dręczyła. Z jednej strony – niepokój, że ktoś może zakraść się do jego królestwa, z drugiej zaś – potencjał handlowy. Mażyszek nie wierzył w ukryte masońskie skarby, mało go obchodziły hrabiowskie tajemnice. On był człowiekiem współczesnym, nie zagrzebanym w skrzyniach historykiem, wiedział, że biznes robi się tu i teraz, rodzi się z inwestycji, korzystnych okoliczności, zdecydowania. I z planu, dobrego, konsekwentnie przeprowadzonego planu. Przymykał oczy i widział, jak kamerdyner, trzymając w ręku świece prowadzi długimi, krętymi korytarzami gości z restauracji do hotelu, jak z delikatnie podświetlone ozdabiają drogę obrazy i rzeźby, jak muzyka nadaje atmosfery tej podróży, jak kamerdyner opowiada mroczną historię, jak podczas tej drogi zdarzają się różne rzeczy – straszne i śmieszne (na razie był w stanie tylko wymyślić awarię oświetlenia i tajemniczy jęk, ale wierzył, że jeszcze coś do głowy mu przyjdzie). Goście potem, już w hotelu, nad drinkiem, opowiedzą, że nigdy, nigdy czegoś takiego nie przeżyli. A potem powtarzają to wszędzie, że tam, tam u Mażyszka, w Izabelanowie, tam to dopiero było niesamowicie świetnie!!! Odjazdowo!!! Takie były marzenia Mażyszka. Żeby się spełniły musiał być spełniony jeden warunek - kamienica powinna należeć do niego, nie do Bursztybów.
Fryderyk Bursztyb przeglądał rodzinny album ze zdjęciami. Siedział na bujanym fotelu w swoim gabinecie, wodził palcami po fotografiach, wspominał. Tyle mu właściwie zostało. Wspominać. Najczęściej wspominał Eleonorę Bursztyb, swoją zmarłą przed trzema laty żonę. Dotykał w myślach jej włosów, uśmiechał się, rozmawiał cicho. To była jego ulubiona rozrywka – tak siedzieć i myśleć o żonie. Duchy mu w tym przeszkadzały, jakby zazdrosne, piekliły się, gdy tylko siedział tak nad albumem, gdy się zamyślał. Duchów zaś było w tym domu co niemiara. Włóczyły się po korytarzach, przemykały z pokoju do pokoju, wisiały pod sufitami albo plątały się kotom pod pazurami. Od ich nadmiaru coraz częściej bolała Fryderyka głowa. Teraz jeszcze doszedł problem tego Mażyszka. Fryderyk Bursztyb westchnął i odłożył album. Duchy były, są i będą, jakoś się już przyzwyczaił. W sumie, jako istoty bezcielesne i poddane pewnym żelaznym prawom problemu wielkiego nie stanowiły, a ból głowy przepędzał kieliszeczkiem nalewki wiśniowej z domowej piwniczki. Natomiast problem Ignacego Mażyszka należało rozwiązać jak najszybciej. Drzwi do pokoju otwarły się, przez próg cicho wsunął się syn Fryderyka, Alojzy. Prawie dwa metry chudego, tyczkowatego ciała w wielkich, rogowych okularach na nosie. Ubrany w ten sam od lat granatowy garnitur z wiecznie przekrzywionym krawatem w śliwkowym kolorze. Fryderyk nieustannie dziwił się, że taki chudzielec o pospolitej aparycji i chorobliwie nieśmiały mógł zdobyć tak piękną, miłą żonę, jaką była Amelia Bursztyb z domu Kowałło. Przyznać przy tym trzeba, że było to zdziwienie miłe. Alojzy zamknął za sobą drzwi i stanął niepewnie przy ścianie. W ręku ściskał kartonowa teczkę. Fryderyk kiwnął na niego ręką. - Podejdźże tutaj, synu. Nie stój jak walec. - Walec, tato? - No przecież, że nie ferrari! Walce poruszają się jak się poruszają, wolno się poruszają, ty też się wolno poruszasz, jak walec! - Ale ja stałem, tato. I powiedziałeś – nie stój jak walec. Walec stoi tak samo jak ferrari. - Pewnyś, synu? Pewny jesteś, że tak samo? A ja ci mówię, że inaczej! Inaczej stoi walec, inaczej ferrari, a inaczej taka dupa wołowa jak ty! - Dupa wołowa, tato? Fryderyk tupnął nogą. - Dość! Podchodźże tu i mów co masz!