Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 21 min czytania

Sprawca (fragment II)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kafejka Zielarnia – miejsce spotkań miłośników sztuki, dobrego kina i takowych książek – wzniesiona została na uboczu, a konkretniej nieopodal mostu stanowiącego jedną z trzech dróg wywodzących z miasta. Gdy Sigismund Mass w końcu do niej dotarł i z niepewnością wszedł do środka, Aren siedział już przy drewnianym stoliku popijając coś, co przypominało grzane wino. Mężczyźni przywitali się serdecznie ściskając sobie dłonie. – W sumie – rzekł Aren, jakby sobie o czymś przypomniawszy – wybrałem raczej słabe miejsce na spotkanie. To bardzo daleko od ciebie. – Tak, a mimo wszystko i tak jestem na czas. Mass zamówił herbatę. Uwielbiał podawane tu, a nieosiągalne nigdzie indzie mieszanki ziół, owoców i kwiatów. Lubił tu przychodzić, choć stwierdzenie, że należał do grona stałych klientów byłoby sporym nadużyciem. – Więc – zagaił Aren, bardzo niepewnie – mam nadzieję, że nie popsułem twoich planów. Wspominałeś, że masz coś do załatwienia, a jak przyjechałem tu, pomyślałem... – Niczego mi nie popsułeś, moje plany stanowią formalność do ich pokrzyżowania. Wiedząc zatem jakie będzie ich następstwo, jakoś mi do nich nie spieszno. Kelnerka przyniosła zamówione trunki. Herbatę i drugie wino dla Arena. – Toś mnie w takim razie uspokoił. Wiesz, nie chce ingerować w twoją pracę. A jeśli już o tym mowa, poczyniłeś jakieś postępy? Ostatnio jak cię odwiedziłem, nie wydawałeś się szczęśliwy. Sigismund zastanowił się chwilę nad sensem pytania. – Powiedzmy, że jestem na etapie węszenia. Zresztą, moje obecne zlecenie polega na wytropieniu złodzieja książki. – O, to ciekawe – zaśmiał się Aren. – Tak, właściciel antykwariatu stwierdził, że nie zgłosi tego na policje, bo zanim policja cokolwiek zrobi, złodziej zdążyłby obrabować resztę pozycji, łącznie z nim samym. Wynajął więc mnie. Tak przy okazji, nie słyszałeś przypadkiem o podobnym zdarzeniu? Uwierz mi, że nawet najbzdurniejsza informacja będzie dla mnie bardzo użyteczna. Przyjaciel detektywa podrapał się po głowie. Uciekł wzrokiem na drugi koniec sali, sięgnął po zamówiony trunek i zrobił dziwną minę. – Niestety nie mogę ci pomóc – rzucił, chcąc, aby zdanie to było dowcipem. – Nie możesz – odparł detektyw z takim samym przeświadczeniem. – Lecz widzę, że chcesz. Aren pobladł. Fakt faktem, tego Mass się nie spodziewał. – Och – szybko dokończył. – Żartuję, kogóż obchodzi jakaś książka, prawda? Zresztą, i tak mamy chyba ciekawsze tematy do poruszenia. – A tak, tak. Pracę zostawmy w pracy. Atmosfera zdawała się wrócić do normalności. – Więc – zaczął Sigismund siorbiąc herbatę i wycierając bujne wąsy. – Co u Eve? Dalej zajmuje się domem, podczas gdy jej mąż udaje, że robi coś pożytecznego? Uprzejmy, niewymuszony śmiech wydobył się z ust policjanta. – Można tak powiedzieć. Znaczy, w istocie tak jest. Stwierdziliśmy, że nie ma potrzeby znajdować jej na siłę jakiegoś zajęcia. Nasze państwo jest wystarczająco hojne. – Za to prywatne firmy aż nazbyt chciwe. Rozumiem. A dzieciaki? Teraz pójdą do... Mass nie mógł sobie tego przypomnieć. – Za trzy lata skończą podstawówkę – wyręczył go Aren. – Czyli jeszcze trochę i zajmą twoje miejsce. – Tak, a jeśli dalej będę tropił złodziei książek, ja zastąpię ich. Z kawiarnianych głośników wydobywał się spokojny jazz. Liczne rozmowy, często na bardzo wysokim poziomie tak intelektualnym, jak i retorycznym, tworzyły niezwykły klimat spokoju i duchowego odprężenia. Brakowało tylko zewsząd się unoszącego papierosowego dymu. – A – rzekł Aren z nieznikającym uśmiechem – masz jakieś sugestie co do sprawcy? Wydaje mi się, że taka sprawa jest dosyć uciążliwa. Liczba możliwości jest... Szlag, znów gadam o pracy! Policjant zdenerwował się. Jawnie, bez udawania wpadł w złość. – Spokojnie, nic się nie stało. Ciekawi cię to, czy po prostu nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym niż o tropieniu kogoś? Bo jeśli to drugie, to wiem w czym rzecz. Nie musisz przepraszać. Aren zrobił pokorną minę. Drżącą ręką odstawił szklankę wypełnioną pysznym, czerwonym napojem. – Ta. Przeklęty Derek. Tracę nerwy przez to wszystko. Normalnie nie angażowałbym się w to tak bardzo lecz... Słowa zawisły niczym lodowe ostrze mające wykonać ostateczne cięcie. Coś było nie tak. Zdecydowanie nie tak. – Lecz? – postanowił podrążyć nieco Mass. – Jeśli coś cię gryzie, to śmiało możesz to z siebie wyrzucić. Wysłucham, przytaknę, a może nawet doradzę. Mikry uśmiech nie zmył z twarzy Arena poblasku wewnętrznie prowadzonej walki. – Chyba nie ma sensu o tym mówić – odrzekł w końcu. – Chyba... Gwałtowność chwili przeraziła Massa. Nieoczekiwany gest, nieoczekiwane słowa, i nade wszystko niespodziewane, przeszywające spojrzenie przyjaciela zmroziły mu serce. Aren złapał bowiem detektywa za rękę, pochylił się i szepnął: – Nie tutaj, stary. Oni ciągle mnie obserwują. Nawet teraz. Sigismund nie wiedział co ma zrobić. Nie był przekonany czy powinien się rozejrzeć, wstać, czy cokolwiek powiedzieć. W związku z tym czekał. I prawdopodobnie podjął najlepszą decyzję z możliwych. – To ja już pójdę – odrzekł Aren, przybierając natychmiast maskę, w której siedział w kawiarni przez cały czas. – Powinniśmy się jeszcze spotkać. Tymczasem goni mnie czas. Wiesz, te wszystkie obowiązki. Wstał, podrapał się po głowie i przez moment zupełnie się nie ruszał. – Zatem – odparł wreszcie – cześć. I do zobaczenia. Zanim wyszedł, zanim zniknął gdzieś w tętniącym życiem mieście, jego wzrok powędrował w dal. Mass zrozumiał to jako aluzję, jako znak mający mu w czymś pomóc. Gdy się jednak obejrzał, zobaczył tylko dopiero co zamknięte drzwi.

***

To nie był dobry dzień. Wszechobecna szarość nie zapowiadała usunięcia pulsującego bólu w głowie detektywa, a brak kontaktu z Arenem nie dawał nadziei na poprawę nastroju. Od czasu ich ostatniego spotkania nie sposób było się do niego dodzwonić, a perspektywa przestania kilkunastu godzin w antykwariacie odbierała możliwość poczynienia w związku z tym jakichś znaczących kroków. Mass postanowił zatem poczekać. Pozwolił popłynąć sprawie swoim nurtem. I miał mętne przeświadczenie, że tak właśnie należało uczynić. Gdy wszedł do antykwariatu, to znaczy gdy z triumfalnym uśmiechem pociągnął klamkę przybytku z tabliczką {i} Zamknięte {/i}, wprawiając przechodzących obok ludzi w zakłopotanie, zobaczył weń właściciela. Choć widokowi temu niby daleko było do zaskoczenia, jednak takowe sprawił. – O, jest pan wreszcie – rzekł dziaduszek. – Zapraszam. Jakieś postępy? Pytanie zdziwiło detektywa. Mimo to zachował niezachwiany spokój. – Na sporządzonej przez pana liście znajdowały się trzy osoby, z czego jedna nie żyje, druga zamknięta jest w domu starców, a trzecia ma dwanaście lat i zainteresowania zgoła inne niż czytanie książek, słowem: postępów brak. Właściciel zdawał się oczekiwać takiej odpowiedzi. Z zadowoleniem wymalowanym bardzo jaskrawymi barwami, odparł: – Lepiej jednak było się przekonać, prawda? Te trzy osoby bowiem... Przerwał. Po zaczerpnięciu głębokiego oddechu postanowił zmienić temat. – Tak czy inaczej, wiemy przynajmniej czego mamy szukać. Bo, szanowny panie, bez wątpienia mamy do czynienia z kradzieżą. – Więc ustalił pan nazwę poszukiwanej książki? Pytanie Massa zadane zostało tak chłodno i obojętnie, że właściciel antykwariatu wyraźnie wściekł się na fakt zepsucia mu puenty. – Tak, udało mi się – rzekł pochmurno, już bez śladów zadowolenia. – Dodam jeszcze, tak żeby pański triumf był kompletny, iż w istocie chodziło o pozycję ostatnią. Mass nieznacznie się uśmiechnął. – Nie zamierzałem pana urazić. Po prostu trzy dni poszukiwań wystarczająco zszargały moje nerwy, i nie zniósł bym przekazania tej informacji w sposób, czy ja wiem?, właściwy eposom. – Dobrze, wystarczy – burknął staruszek. – Nazwa ta jest o tyle istotna, że powinna nam pomóc w zidentyfikowaniu sprawcy. Byle złodziej nie interesuje się bowiem mistyką, prawda? – Prawda – poprawił wąsy Mass. – Choć przyznam, że nie zadaje się z wieloma złodziejami. Jak zatem się nazywa? – {i} Ugeg hami {/i}, szanowny panie, w całości napisana w języku henochiańskim, stanowiącym rzekomo mowę przekazaną ludziom przez anioły. Poza niestarannymi szkicami nie sposób znaleźć w niej jakichkolwiek przydatnych informacji. No, chyba że ktoś posługuje się henochiańskim, co jednak jest wysoce nieprawdopodobne. – Szkicami? – zainteresował się Mass. – A jakie to szkice się w niej znajdują? I o czym w ogóle ta pozycja traktuje? Właściciel antykwariatu przetarł z zadowolenia ręce. Uwielbiał dzielić się wiedzą. Albo też uwielbiał w pewnych sytuacjach być mądrzejszym od swego rozmówcy. – {i} Ugeg hami {/i} to podług przekładu Dzielna istota. Księga ta opowiada o zaświatach, a raczej o nierównej walce między aniołami a demonami, która toczy się o ludzkie dusze. Pomimo znaczącej przewagi, demony jednak nie są w stanie przezwyciężyć sił światłości. A księga ta, poświęcona jest właśnie aniołom. Zawiera rysunki i opisy wszystkich sześciuset pięciu aniołów, które uczestniczą w wojnie ze złymi. – A, tak z ciekawości, skoro walka jest nierówna, ile jest demonów? – Trzykrotnie więcej, czyli tysiąc osiemset piętnaście. Jakiś wewnętrzny prąd poraził detektywa Massa. Jakiś wstrząs, jakieś szarpnięcie dogłębnie poruszyły jego umysłem. Tysiąc osiemset piętnaście. Jeden. Osiem. Jeden. Pięć. – Coś się stało? Właściciel triumfował, jednak swego triumfu się przeraził. Nie spodziewał się, że taka ciekawostka raczej może wywrzeć na człowieku racjonalnym takie wrażenie. – Nie, nie – odparł pobladły detektyw. – W porządku. A zatem, ktoś ukradł książkę z rysunkami i opisami aniołów? Antykwariusz odchrząknął. – Tak, co jest niezwykle ciekawe. Kogóż bowiem mogą interesować takie rzeczy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. – A – detektyw doszedł do siebie. Informacje o konieczności wykonania paru telefonów już w swym mózgu zakodował – z jakiego okresu ona pochodzi? Może stanowi jakiś naprawdę cenny relikt, i została skradziona na zlecenie lewego kolekcjonera sztuki, który zapragnąłby sprzedać ją na czarnym rynku za niebotyczną sumę? – Hm, jest to prawdopodobne – odparł intensywnie myśląc właściciel, uznając to w zasadzie za pewnik. – Być może...Tak, tak… Cóż, przed wieloma laty odsprzedała mi ją za grosze pewna miła pani, orzekłszy, że pragnie pozbyć się wszelkich swych rzeczy, gdyż nie będą jej one potrzebne w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Sprawca (fragment II) — czytnik · opowiadania