Sprawca (fragment II)
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-maciej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kafejka Zielarnia – miejsce spotkań miłośników sztuki, dobrego kina i takowych książek – wzniesiona została na uboczu, a konkretniej nieopodal mostu stanowiącego jedną z trzech dróg wywodzących z miasta. Gdy Sigismund Mass w końcu do niej dotarł i z niepewnością wszedł do środka, Aren siedział już przy drewnianym stoliku popijając coś, co przypominało grzane wino. Mężczyźni przywitali się serdecznie ściskając sobie dłonie. – W sumie – rzekł Aren, jakby sobie o czymś przypomniawszy – wybrałem raczej słabe miejsce na spotkanie. To bardzo daleko od ciebie. – Tak, a mimo wszystko i tak jestem na czas. Mass zamówił herbatę. Uwielbiał podawane tu, a nieosiągalne nigdzie indzie mieszanki ziół, owoców i kwiatów. Lubił tu przychodzić, choć stwierdzenie, że należał do grona stałych klientów byłoby sporym nadużyciem. – Więc – zagaił Aren, bardzo niepewnie – mam nadzieję, że nie popsułem twoich planów. Wspominałeś, że masz coś do załatwienia, a jak przyjechałem tu, pomyślałem... – Niczego mi nie popsułeś, moje plany stanowią formalność do ich pokrzyżowania. Wiedząc zatem jakie będzie ich następstwo, jakoś mi do nich nie spieszno. Kelnerka przyniosła zamówione trunki. Herbatę i drugie wino dla Arena. – Toś mnie w takim razie uspokoił. Wiesz, nie chce ingerować w twoją pracę. A jeśli już o tym mowa, poczyniłeś jakieś postępy? Ostatnio jak cię odwiedziłem, nie wydawałeś się szczęśliwy. Sigismund zastanowił się chwilę nad sensem pytania. – Powiedzmy, że jestem na etapie węszenia. Zresztą, moje obecne zlecenie polega na wytropieniu złodzieja książki. – O, to ciekawe – zaśmiał się Aren. – Tak, właściciel antykwariatu stwierdził, że nie zgłosi tego na policje, bo zanim policja cokolwiek zrobi, złodziej zdążyłby obrabować resztę pozycji, łącznie z nim samym. Wynajął więc mnie. Tak przy okazji, nie słyszałeś przypadkiem o podobnym zdarzeniu? Uwierz mi, że nawet najbzdurniejsza informacja będzie dla mnie bardzo użyteczna. Przyjaciel detektywa podrapał się po głowie. Uciekł wzrokiem na drugi koniec sali, sięgnął po zamówiony trunek i zrobił dziwną minę. – Niestety nie mogę ci pomóc – rzucił, chcąc, aby zdanie to było dowcipem. – Nie możesz – odparł detektyw z takim samym przeświadczeniem. – Lecz widzę, że chcesz. Aren pobladł. Fakt faktem, tego Mass się nie spodziewał. – Och – szybko dokończył. – Żartuję, kogóż obchodzi jakaś książka, prawda? Zresztą, i tak mamy chyba ciekawsze tematy do poruszenia. – A tak, tak. Pracę zostawmy w pracy. Atmosfera zdawała się wrócić do normalności. – Więc – zaczął Sigismund siorbiąc herbatę i wycierając bujne wąsy. – Co u Eve? Dalej zajmuje się domem, podczas gdy jej mąż udaje, że robi coś pożytecznego? Uprzejmy, niewymuszony śmiech wydobył się z ust policjanta. – Można tak powiedzieć. Znaczy, w istocie tak jest. Stwierdziliśmy, że nie ma potrzeby znajdować jej na siłę jakiegoś zajęcia. Nasze państwo jest wystarczająco hojne. – Za to prywatne firmy aż nazbyt chciwe. Rozumiem. A dzieciaki? Teraz pójdą do... Mass nie mógł sobie tego przypomnieć. – Za trzy lata skończą podstawówkę – wyręczył go Aren. – Czyli jeszcze trochę i zajmą twoje miejsce. – Tak, a jeśli dalej będę tropił złodziei książek, ja zastąpię ich. Z kawiarnianych głośników wydobywał się spokojny jazz. Liczne rozmowy, często na bardzo wysokim poziomie tak intelektualnym, jak i retorycznym, tworzyły niezwykły klimat spokoju i duchowego odprężenia. Brakowało tylko zewsząd się unoszącego papierosowego dymu. – A – rzekł Aren z nieznikającym uśmiechem – masz jakieś sugestie co do sprawcy? Wydaje mi się, że taka sprawa jest dosyć uciążliwa. Liczba możliwości jest... Szlag, znów gadam o pracy! Policjant zdenerwował się. Jawnie, bez udawania wpadł w złość. – Spokojnie, nic się nie stało. Ciekawi cię to, czy po prostu nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym niż o tropieniu kogoś? Bo jeśli to drugie, to wiem w czym rzecz. Nie musisz przepraszać. Aren zrobił pokorną minę. Drżącą ręką odstawił szklankę wypełnioną pysznym, czerwonym napojem. – Ta. Przeklęty Derek. Tracę nerwy przez to wszystko. Normalnie nie angażowałbym się w to tak bardzo lecz... Słowa zawisły niczym lodowe ostrze mające wykonać ostateczne cięcie. Coś było nie tak. Zdecydowanie nie tak. – Lecz? – postanowił podrążyć nieco Mass. – Jeśli coś cię gryzie, to śmiało możesz to z siebie wyrzucić. Wysłucham, przytaknę, a może nawet doradzę. Mikry uśmiech nie zmył z twarzy Arena poblasku wewnętrznie prowadzonej walki. – Chyba nie ma sensu o tym mówić – odrzekł w końcu. – Chyba... Gwałtowność chwili przeraziła Massa. Nieoczekiwany gest, nieoczekiwane słowa, i nade wszystko niespodziewane, przeszywające spojrzenie przyjaciela zmroziły mu serce. Aren złapał bowiem detektywa za rękę, pochylił się i szepnął: – Nie tutaj, stary. Oni ciągle mnie obserwują. Nawet teraz. Sigismund nie wiedział co ma zrobić. Nie był przekonany czy powinien się rozejrzeć, wstać, czy cokolwiek powiedzieć. W związku z tym czekał. I prawdopodobnie podjął najlepszą decyzję z możliwych. – To ja już pójdę – odrzekł Aren, przybierając natychmiast maskę, w której siedział w kawiarni przez cały czas. – Powinniśmy się jeszcze spotkać. Tymczasem goni mnie czas. Wiesz, te wszystkie obowiązki. Wstał, podrapał się po głowie i przez moment zupełnie się nie ruszał. – Zatem – odparł wreszcie – cześć. I do zobaczenia. Zanim wyszedł, zanim zniknął gdzieś w tętniącym życiem mieście, jego wzrok powędrował w dal. Mass zrozumiał to jako aluzję, jako znak mający mu w czymś pomóc. Gdy się jednak obejrzał, zobaczył tylko dopiero co zamknięte drzwi.
***
To nie był dobry dzień. Wszechobecna szarość nie zapowiadała usunięcia pulsującego bólu w głowie detektywa, a brak kontaktu z Arenem nie dawał nadziei na poprawę nastroju. Od czasu ich ostatniego spotkania nie sposób było się do niego dodzwonić, a perspektywa przestania kilkunastu godzin w antykwariacie odbierała możliwość poczynienia w związku z tym jakichś znaczących kroków. Mass postanowił zatem poczekać. Pozwolił popłynąć sprawie swoim nurtem. I miał mętne przeświadczenie, że tak właśnie należało uczynić. Gdy wszedł do antykwariatu, to znaczy gdy z triumfalnym uśmiechem pociągnął klamkę przybytku z tabliczką {i} Zamknięte {/i}, wprawiając przechodzących obok ludzi w zakłopotanie, zobaczył weń właściciela. Choć widokowi temu niby daleko było do zaskoczenia, jednak takowe sprawił. – O, jest pan wreszcie – rzekł dziaduszek. – Zapraszam. Jakieś postępy? Pytanie zdziwiło detektywa. Mimo to zachował niezachwiany spokój. – Na sporządzonej przez pana liście znajdowały się trzy osoby, z czego jedna nie żyje, druga zamknięta jest w domu starców, a trzecia ma dwanaście lat i zainteresowania zgoła inne niż czytanie książek, słowem: postępów brak. Właściciel zdawał się oczekiwać takiej odpowiedzi. Z zadowoleniem wymalowanym bardzo jaskrawymi barwami, odparł: – Lepiej jednak było się przekonać, prawda? Te trzy osoby bowiem... Przerwał. Po zaczerpnięciu głębokiego oddechu postanowił zmienić temat. – Tak czy inaczej, wiemy przynajmniej czego mamy szukać. Bo, szanowny panie, bez wątpienia mamy do czynienia z kradzieżą. – Więc ustalił pan nazwę poszukiwanej książki? Pytanie Massa zadane zostało tak chłodno i obojętnie, że właściciel antykwariatu wyraźnie wściekł się na fakt zepsucia mu puenty. – Tak, udało mi się – rzekł pochmurno, już bez śladów zadowolenia. – Dodam jeszcze, tak żeby pański triumf był kompletny, iż w istocie chodziło o pozycję ostatnią. Mass nieznacznie się uśmiechnął. – Nie zamierzałem pana urazić. Po prostu trzy dni poszukiwań wystarczająco zszargały moje nerwy, i nie zniósł bym przekazania tej informacji w sposób, czy ja wiem?, właściwy eposom. – Dobrze, wystarczy – burknął staruszek. – Nazwa ta jest o tyle istotna, że powinna nam pomóc w zidentyfikowaniu sprawcy. Byle złodziej nie interesuje się bowiem mistyką, prawda? – Prawda – poprawił wąsy Mass. – Choć przyznam, że nie zadaje się z wieloma złodziejami. Jak zatem się nazywa? – {i} Ugeg hami {/i}, szanowny panie, w całości napisana w języku henochiańskim, stanowiącym rzekomo mowę przekazaną ludziom przez anioły. Poza niestarannymi szkicami nie sposób znaleźć w niej jakichkolwiek przydatnych informacji. No, chyba że ktoś posługuje się henochiańskim, co jednak jest wysoce nieprawdopodobne. – Szkicami? – zainteresował się Mass. – A jakie to szkice się w niej znajdują? I o czym w ogóle ta pozycja traktuje? Właściciel antykwariatu przetarł z zadowolenia ręce. Uwielbiał dzielić się wiedzą. Albo też uwielbiał w pewnych sytuacjach być mądrzejszym od swego rozmówcy. – {i} Ugeg hami {/i} to podług przekładu Dzielna istota. Księga ta opowiada o zaświatach, a raczej o nierównej walce między aniołami a demonami, która toczy się o ludzkie dusze. Pomimo znaczącej przewagi, demony jednak nie są w stanie przezwyciężyć sił światłości. A księga ta, poświęcona jest właśnie aniołom. Zawiera rysunki i opisy wszystkich sześciuset pięciu aniołów, które uczestniczą w wojnie ze złymi. – A, tak z ciekawości, skoro walka jest nierówna, ile jest demonów? – Trzykrotnie więcej, czyli tysiąc osiemset piętnaście. Jakiś wewnętrzny prąd poraził detektywa Massa. Jakiś wstrząs, jakieś szarpnięcie dogłębnie poruszyły jego umysłem. Tysiąc osiemset piętnaście. Jeden. Osiem. Jeden. Pięć. – Coś się stało? Właściciel triumfował, jednak swego triumfu się przeraził. Nie spodziewał się, że taka ciekawostka raczej może wywrzeć na człowieku racjonalnym takie wrażenie. – Nie, nie – odparł pobladły detektyw. – W porządku. A zatem, ktoś ukradł książkę z rysunkami i opisami aniołów? Antykwariusz odchrząknął. – Tak, co jest niezwykle ciekawe. Kogóż bowiem mogą interesować takie rzeczy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. – A – detektyw doszedł do siebie. Informacje o konieczności wykonania paru telefonów już w swym mózgu zakodował – z jakiego okresu ona pochodzi? Może stanowi jakiś naprawdę cenny relikt, i została skradziona na zlecenie lewego kolekcjonera sztuki, który zapragnąłby sprzedać ją na czarnym rynku za niebotyczną sumę? – Hm, jest to prawdopodobne – odparł intensywnie myśląc właściciel, uznając to w zasadzie za pewnik. – Być może...Tak, tak… Cóż, przed wieloma laty odsprzedała mi ją za grosze pewna miła pani, orzekłszy, że pragnie pozbyć się wszelkich swych rzeczy, gdyż nie będą jej one potrzebne w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Massther
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…