Psychologia · 3 min czytania
Sufit usłany zdechłymi muchami i mocna kawa pita n
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Leżałem na łóżku gapiąc się bezsensownie na czarną plamkę na suficie. Tych plam było kilka, o ile nie kilkanaście i były one pozostałościami po muchach i komarach. Niczym gwiazdy rozsiane na nocnym niebie. Czasami któraś z nich odlatywała, okazywała się bowiem ćmą. Ciem nie zabijam, nie hałasują, nie gryzą a dodatkowo przynoszą szczęście. Podobno, bo jeżeli o mnie chodzi to szczęścia brakowało mi jak nigdy. Nie wiem nawet ile czasu tak leżałem, nie miało to najmniejszego znaczenia. Nie spieszyłem się nigdzie ani nie miałem żadnych planów więc czas nie bardzo mnie obchodził. Równie dobrze mógłby się zatrzymać. Kiedy człowiek nie ma żadnych planów wtedy nachodzą go różne myśli. Zazwyczaj te destrukcyjne. Zaczyna podliczać całe swoje dotychczasowe życie. Z tym że bierze głównie pod uwagę swoje niepowodzenia. Kto by tam zaprzątał sobie głowę sukcesami? Sukcesy szybko przemijają. Porażki są wieczne. Tak gdzieś przynajmniej przeczytałem i zgadzam się z tym jak z niczym innym. Najgorsze było jednak to że ten dzień do złudzenia przypominał dzień poprzedni i pewnie będzie też przypominał dzień jutrzejszy. Myślę, że powinienem coś zrobić żeby tak nie było. Postanowiłem wstać z łózka. Zaparzyłem sobie mocną kawę i postanowiłem wypić ją siedząc na balkonie. Z balkonu miałem widok na miasto. Wszędzie byli ludzie. Duzi, mali, młodzi, starzy, szczęśliwi, nieszczęśliwi…