Inne · 4 min czytania
supermarket
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sobota. Supermarket. Zakupowe godziny szczytu. Dział obuwniczy. Nie zauważona zatrzymałam się za znajomym małżeństwem, wahałam się czy nie przywitać się z sąsiadami, ale stojąc tuż obok słyszałam ich rozmowę, okazała się bardziej wciągająca, niż rozmowa z nimi. - No, kochanie, albo rybki, albo akwarium! - Albert nie chciał dać za wygraną, ale Malina upierała się przy wybranych butach. Zerknęłam na buty i przyznałam Malinie rację. Czółenka były godne pożądania i ruiny finansowej. - Zakupy trzeba planować racjonalnie, a nie kierować się kaprysami! Powiedziałem ci, albo rybki, albo akwarium! Malina popatrzała na męża zdziwionym i trochę nieobecnym wzrokiem. - A na co mi rybki bez akwarium? - spytała nie bez racji, a ja w duchu znów ją poparłam. To chyba taka kobieca solidarność. - Ojej! Przecież to takie powiedzenie! - Albert zirytował się. - Ale całkiem nielogiczne! Rozumiem jeszcze samo akwarium, można tam włożyć myszy, królika nawet jaszczurkę, ostatecznie można kwiatki posadzić! - Malina uparła się dojść sensu powiedzenia. - Daj już spokój! - Albert najwyraźniej tracił cierpliwość. - No zaraz! Ale sam powiedz, gdzie tam jest sens? - Malina ciągnęła temat. - No może i nie ma! Ale jakie to ma znaczenie? Rozmawiali już podniesionymi głosami i nie tylko ja podsłuchiwałam. Kłótnia wisiała w powietrzu. Powód był poważny. - No, ale po co ci same rybki, do tego jeszcze akwariowe? - Malina była uparta - O rany! Nie wiem po co mi same rybki! Chcesz to możesz je sobie usmażyć i zjeść! - odparował żonie