Opowiadania.pl · 4 min czytania
Święta...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Po raz kolejny rzeczywistość za oknem spowiła ciemność, na ulicę wylewała się poświata rodzinnej atmosfery z każdego domu. Radość, szczęście, miłość emanowały z szarych postur osób widzianych z mego położenia. Rozmawiali, cieszyli się, podnosili dzieci na ręce inne wesoło biegały między nimi… cała ta tkliwa szopka, zaowocowała nawrotem wspomnień z rodzinnego domu. Mama krzątająca się w kuchni, szykująca gustowne specjały na wieczorny stół, ojciec przyozdabiający pogańskie drzewko, młodszy brat zawieszający dmuchane szklane kule, przyozdobione najróżniejszymi wzorami. Rodzina spraszająca się wzajemnie do wspólnej wieczerzy, poszerzająca tylko liczbę przybyłych gości. Wspólne kolędowanie, dzielenie się białą namiastką chleba, odpakowywanie prezentów. Radość płynąca z uświęcenia dwutysięcznych któryś narodzin dzieciątka. Między tym wszystkim ja, lekko oszołomiony i pełen niezrozumienia, dla tego wszystkiego co miało miejsce. Zbędna mi była cała uzurpowana boska łaska, iluzoryczne szczęście z narodzin faceta który za kilka miesięcy miał zawisnąć, cały ten mistycyzm i majestat boży. A mimo to odczuwałem szczęście, szczęście płynące z odwzajemnionej miłości mych bliskich. Szczęście, za które dzisiaj na sercu ciąży. Warren Zevon, ucichł… najwyraźniej skończyła się lista odtwarzania, szklanka stojąca przede mną jest już prawie pusta. Mimowolnie butelka Danielsa, stojąca obok również jest już na wyczerpaniu. Wlałem zawartość butelki i do szklanki, po czym wypiłem jednym tchem. Spojrzałem jeszcze raz w okno, gałęzie drzew nachodziły na księżyc w tle, niebo było czyste, najmniejszej chmurki co na tle warunków atmosferycznych w tym kraju…