Fantastyka · 7 min czytania
Świetliki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W życiu każdego z nas jest przynajmniej jeden taki moment, w którym stykamy się z rzeczami dziwnymi, nie dającymi się do końca wyjaśnić. Zazwyczaj zapominamy o nich, przeświadczeni, że po prostu umysł płata nam figle, ze zmęczenia, zbyt wysokiego stężenia podejrzanych substancji w organizmie, czy jakiegoś innego powodu. Ale czasem nie da się zapomnieć, chociażby starało się z całych sił. Tak jest też w moim przypadku, chociaż historia, którą opowiem, wydarzyła się już wiele lat temu, jeszcze kiedy byłem dzieckiem. Nikomu o tym nie opowiadałem, bo i tak nikt by mi nie uwierzył, czasami sam nie wierzę, a przynajmniej chciałbym. Ale to nie mogło powstać w mojej głowie, bo nie byłem jedynym, który w tym uczestniczył. Było wtedy upalne lato, pamiętam dobrze, bo to był chyba jedyny rok, w którym nie byliśmy w stanie nawet grać w piłkę z kolegami, siedzieliśmy tylko na boisku i smażyliśmy się, niezdolni do czegokolwiek. Jeśli cokolwiek się działo to pod wieczór, kiedy temperatura troszeczkę odpuszczała. To właśnie wtedy latało najwięcej tych przeklętych świetlików. Wtedy mi nie przeszkadzały, łapałem je do słoików jak wszyscy inni, napawałem się blaskiem ich małych odwłoków, do momentu kiedy umierały, bo w słoiku nie było dziurek, dzięki którym mogłoby się przedostać powietrze. To była moja ulubiona zabawa, moja i Jacka. Jacek był moim kolegą praktycznie od kołyski, mogę nawet powiedzieć, że był moim najlepszym kumplem. Był przyjacielem. Pochodził z dość nieciekawej rodziny, jego rodzice byli chyba najbardziej znanymi alkoholikami w okolicy, nie traktowali go dobrze, czasem wydawało mi się, że w ogóle się nim nie przejmują. I może taka była prawda. Sam Jacek był raczej dobry z natury, na tyle, na ile pozwalały mu okoliczności. Zdarzało mu się coś ukraść, ale tylko dlatego, że nie zawsze miał co jeść. Nie cieszył się zbyt dużą popularnością, inne dzieciaki go unikały, właśnie ze względu na rodzinę. Mi nigdy to nie przeszkadzało, i Jacek naprawdę to doceniał. Miał się niedługo przeprowadzać do swoich krewnych, bo jego rodzice nie płacili czynszu za mieszkanie od kilku miesięcy i właściciel miał tego serdecznie dosyć. W dzień przed jego wyjazdem zdążyliśmy się napłakać, bo wiedzieliśmy, że nie zobaczymy się już raczej nigdy. W pewnym momencie Jacek zaproponował, żebyśmy ostatni raz poszli zapolować na świetliki, tym razem nie na polance przy lesie, gdzie zawsze chodziliśmy, tylko w samym lesie. Tłumaczył, że tam jest ich znacznie więcej, więc będziemy mieli więcej zabawy. Moi rodzice wprawdzie zawsze przestrzegali mnie, żebym nie zapuszczał się w las na wieczór, ale było jeszcze dość widno i pomyślałem, że skoro to ma być nasze ostatnie wspólne polowanie, to mogę tym razem zrobić wyjątek. No i nie chciałem po sobie pokazać, że tchórzę. Sam las był chyba najpiękniejszym miejscem w całym naszym mieście. Drzewa były w nim naprawdę stare, stare i wielkie, swoimi koronami prawie całkowicie przesłaniały słońce nawet w dzień, tworząc niesamowitą atmosferę, wypełnioną świergotaniem ptaków i cichym pluskaniem wody w okolicznych strumykach. Czasami miało się wrażenie że to wszystko jest tu od zawsze, nietknięte przez ludzką rękę, pozostawione całkowicie pod opieką matki natury. Biegaliśmy za świetlikami, radośnie łapiąc je w nasze słoiki, krzycząc i śmiejąc się do rozpuku. Tak nas to…