Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 8 min czytania

Szmaciarz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Na jednej z dwóch głównych ulic niewielkiej podwarszawskiej miejscowości siedem wielorasowych psów pani Grażyny, które pewien wioskowy pijak i filozof porównał kiedyś do siedmiu krasnoludków, ujadało coraz donośniej i żałośniej. Był środek pięknego, pierwszomajowego dnia. Wiosenne słońce skutecznie ogrzewało roślinność niedawno co pobudzoną do życia po zimowym, mroźnym letargu.

Ulica Brzozowa — to ona miała się stać niemym świadkiem i uczestnikiem, dla wielu zwykłych, wydarzeń. Czterysta metrów długości, szesnaście szerokości, jedno piaszczyste skrzyżowanie z ulicą pewnej dziewiętnastowiecznej poetki. Na jednym końcu niewielki plac zabaw, gdzie niezniszczone jeszcze huśtawki sąsiadowały z małym boiskiem do kometki i pokrzywionym koszem wiszącym na próchniejącej tablicy, pamiętającej niedawne jeszcze, koszykarskie zawody. Na drugim końcu Brzozowej znajdowała się posesja, będąca kiedyś niewielkim, gustownym, szlacheckim dworkiem, przerobiona kilka lat przed opisywanymi zdarzeniami na wzór rezydencji nowobogackich Rosjan.

Z dali słychać było coraz bardziej donośny, tak oczekiwany przez mieszkańców ulicy dźwięk. Prosta monotonna melodyjka, która wielu kojarzyła się z obwoźnym sprzedawcą lodów. Nie był to lodziarz. Jego oczekiwałaby głównie dziatwa i nastoletnie dziewczęta. Coraz donośniejsza fałszująca melodyjka spowodowała poruszenie na ulicy. Z domostw wyszli lub wybiegli wszyscy mieszkańcy, wliczając siedem psów, które to zakończyły już koncert, i kilkanaście zaciekawionych kotów. Kury, kaczki i gęsi nie wykazywały żadnego zainteresowania. Stary, wyliniały Azor próbował po raz kolejny złapać bzyczącą nad uchem zielonkawą muchę, po czym usnął, zmęczony ciężką i syzyfową pracą.

W momencie, gdy zamilkł udający sprzedawcę lodów sygnał, ukazał się na końcu ulicy stary, zdezelowany żuk, niespiesznie jadąc w kierunku, znajdującego się obok piaszczystego skrzyżowania, nieczynnego przystanku. Z chwilą, gdy auto zatrzymało się, do przystanku doszło kilkoro pierwszych, co sprawniejszych i młodszych mieszkańców Brzozowej. Każdy niósł jedną lub dwie wypchane starymi ubraniami torby. Kierowca dostawczego samochodu wysiadł, trzaskając drzwiami. Jego oliwkowy, pognieciony, przybrudzony nieco, tani garnitur doskonale pasował do kraciastej, flanelowej, brudnawej koszuli, która rozpięta pod szyją pokazywała zarost złożony z kilkudziesięciu rudych włosów. Kolor owłosienia pod koszulą doskonale współgrał z rudawą, łysiejącą czupryną przybysza. Jego piękne, niebieskie, marzycielskie oczy powodowały lekkie drżenie w górnych partiach nóg wielu kobiet i co niektórych mężczyzn. Lekko brudne, silne dłonie świadczyły o ciężkiej pracy, krzywe krótkie nogi mogły świadczyć o piłkarskim talencie przyjezdnego. Duże, lekko szpiczaste uszy, na których górnych końcach były niewielkie, choć widoczne, kropko podobne narośle nie pozbawiały mężczyzny swoistego uroku.

Coraz więcej ludzi pojawiało się na przystanku. Szli w milczeniu, układali po lewej stronie naczepy żuka paczki z zniszczonymi, zbędnymi ubraniami, a z prawej cmokając cicho brali czarne, wyprodukowane w dalekich Chinach patelnie. Młode kobiety i dziewczęta szybko znikały z patelniami w kuchniach swoich domów, za nimi szybko, zadowolonym krokiem, udawał się przybysz. Podczas gdy mężczyźni, dzieci i stare baby, ośmieleni nieobecnością kierowcy żuka żartowali, okupując przystanek i najbliższą jego okolicę, to nieopodal, w każdym z domów, gdzie mieszkała jakaś młoda kobieta, odbywał się ten sam rytuał.

Krótki, szybki seks od tyłu, lekko krzyczące z rozkoszy lub bólu, a może bezsilności kobiety, i zadowolony rudy mężczyzna, wędrujący od domu do domu.

Gdyby wsłuchać się w słowa tych, co zostali na przystanku, to padło tam tylko jedno zdanie warte zapamiętania, powiedziane przez rezolutnego malca do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Szmaciarz — czytnik · opowiadania