thriller · 4 min czytania
Szpital pełen świrów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szpital pełen świrów
Szpital pełen świrów… szpital pełen popaprańców, których życie dawno straciło sens. Barwy. Ludzi, którzy na widok lecącego helikoptera, niczym mityczny Dedal, pragną unieść się w powietrze, skacząc z siódmego piętra. Tylko tak mogę to wytłumaczyć. Bo nie skakaliby przecież z powodu depresji i rozmyślań i brakiem logiki swego losu. Przecież dawno ten sens utracili. Miotają się ich psychiki, dusze w tych ciałach. Chore umysły, dla których nie ma testów. Każdy jest inny. Każdy jest mniej lub bardziej chory. Ale w jakimś stopniu tak samo popaprany. Smutne jest ich życie. Szare, odizolowane sale, w których przebywają, zamiast pomagać w terapii, niszczą te najcenniejsze cząstki ich życia – ich wspomnienia. Powoli zacierają się one w ich umysłach, ustępując obrazom chorej wyobraźni, która próbuje ratować mózg przed zatonięciem w szarości tych ścian. Później jednak pozostają już tylko one. Świat rzeczywisty miesza się z nierealnością. Powstaje matnia, w której żyją. Wegetują. To nigdy nie było życie. To było jedno wielkie pasmo tortur dla ich umysłów. Schizofrenicy, którym wydawało się, że obrazy, które widzą, są prawdą, z trudem przyjmowali do wiadomości, że to ich choroba generuje owe „wizje przyszłości”. Widząc swoją śmierć, byli święcie przekonani, że tak właśnie umrą. Potem umierali. Popełniali samobójstwa, chcąc innym udowodnić, że to nie ich wymysły, fikcja, tylko prawda. Z jednym się nie mylili, to fakt. Nie mogli panować nad swoim życiem. Trzeba im było wiele wybaczać: napady na pielęgniarki, demolowanie sal… wciąż musiało się prowadzić za rączkę, pilnować, żeby niczego nie zepsuli. Byli jak dzieci. Prawie niewinni,…