Fantasy · 8 min czytania
tak gra..
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To był przeciętny dzień, taki jakich tysiące - przychodzą jeden po drugim zlewając się z czasem w szarą breję, brodzenie w której staje się coraz trudniejsze. Martyna wstała tego dnia wcześniej niż zwykle. Dalsze leżenie w łóżku wydało się jej wyjątkowo nieznośnym, głównie ze względu na drażniący posmak snu, z którym wiedziała, że musi się rozstać. „Nadszedł czas podjęcia decyzji. Już dawno powinnam to zrobić… Skąd jednak we mnie wątpliwości? Przecież wiem, co mi zrobił, co mi zrobi… On udaje, on na pewno udaje innego niż jest! Nie mogę dać się oszukać!” Spojrzała przez okno – krople deszczu monotonnie uderzały o upstrzony gołębim łajnem parapet. W bladożółtej poświacie latarń świat za oknem wydawał się jak gdyby pogrążony w niespokojnym śnie człowieka w gorączce. Piętro wyżej ktoś spuścił wodę, po chwili dało się słyszeć niecierpliwe kroki, za chwilę znów ktoś spuścił wodę, potem znowu kroki. „Albo ktoś wrócił z imprezy, albo właśnie dały o sobie znać skutki imprezy odbytej parę tygodni wcześniej...” – pomyślała Martyna. Nad nią mieszkała młoda dziewczyna, Marta, prowadząca dosyć nieustabilizowany tryb życia, co chwila inny facet, co chwila inna praca, co chwila inna ona. Martyna znała ją dobrze. Znała dobrze siebie w jej wieku. Nastawiła czajnik na herbatę i radio, z którego wypływały łagodne dźwięki. Ballady bluesowe czy rockowe. Dla tych, którzy nie mogą spać. „Czy ktoś, kto układa ramówkę programów radiowych naprawdę myśli, że to czego chcą słuchać ludzie o 4 rano to właśnie ballady rockowe albo jakiś chill out?” >O Mary Ann, zastanów się, zastanów się proszę… Czy to co zrobić chcesz warte tego jest? Czy pewność masz, że nie mylisz się? O Mary Ann, ooo moja droga Mary Ann… Tu się toczy gra o Ciebie…< – zawodził jakiś muzyk lekko ochrypłym głosem nieudolnie starając się naśladować manierę wokalną Riedla. *** Cisza. Absolutna cisza.Nie słychać żadnych kroków, z rzadka tylko przejeżdżający samochód i deszcz dudniący o parapety, przez okiennice wdziera się jesienny chłód. Nawet żaden pies nie zaszczeka. "Woda. Chyba słyszałem przepływającą wodę, gdzieś tu musi być jakaś rura kanalizacyjna, nie wiem. Gdzie ja jestem? Ta ciemność, o co w tym wszystkim chodzi? Kiedy to się wreszcie skończy… Gdzie jest Marta? Boże, nie pozwól, żeby coś jej się stało, błagam Ciebie, jeśli mnie słyszysz… Ze mną niech się dzieje co chce, ale nie pozwól by jej się stała jakakolwiek krzywda…" *** -No. Czas zaczynać... Zaczyna świtać. Będę tęsknić? Martyna dokładnie omotana ciemnożółtym szalem wyszła w mało zachęcającą do spacerów scenerię właśnie rozpoczynającego się dnia. Oświetlona nikłym blaskiem latarni wśród mżawki rozmywającej kontury rzeczywistości wyglądała jak postać z komiksu. -Tylko czekać jak z zza garażu wyłoni się Joker ze specyficznym mu grymasem twarzy – o, przepraszam – uśmiechem - burknęła do siebie pod nosem i odpaliła papierosa. Czeka ją ważny dzień. Czas dokończyć dzieła i zmienić los. Swój los. „Może właśnie po to tu jestem? Żeby zrobić to, co trzeba. Zrobić to tymi rękoma w tej postaci, aby ochronić siebie… Bóg, jeśli istnieje, musi mi wybaczyć, musi zrozumieć. Kto wie, czy to właśnie on mnie tutaj nie przysłał”. Martyna skierowała się w stronę garażów. Dokładnie zaplanowały sobie wszystko, zaplanowała sobie… Poćwiartowanego ciała łatwiej się pozbyć. Ćwiartowanie nie będzie dla niej problemem. Najgorsze jest pozbawianie życia. To jest tak jak z karpiem na Boże Narodzenie – nikt nie chce go zabić ale jak już jest martwy oprawienie i przygotowanie go trwa chwilę. „Jeszcze tego nie robiłam… Niedługo będzie po wszystkim…Ciekawe czy wtedy będę mogła…