Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 5 min czytania

Tamte Anioły

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tamte Anioły

Wybrałem się kiedyś z Groszkiem do teatru. Nie pamiętam już, co to był za spektakl. Coś mi tam majaczy – siedzieliśmy na dole, w którymś z tylnych rzędów. Było ciepło i ciemno, tak – wiem, tak właśnie było. Antrakt – uwielbiam je – jak zwykle. Wtedy unoszę się parę centymetrów nad ziemią i w stanie nieważkim odpycham od poważnych i dostojnych kształtów. Wiruję w piruetach lekkich, a umysł mój nieznacznie jest przytępiony. I tutaj jakaś lampka wina, tu zaś papieros, a jeszcze tam wysublimowane słowa ze starczych zjełczałych ust, to znów nieogolenie na gardzieli nieco młodszej. I suknia czarna, i falbanka jaka, i niezadowolenie, a i zadowolenie, a but niedopasowany, a harmonia dysonansów. I poszum pomroczny i pomruk poszumisty. Takie są antrakty. Coś mi tam majaczy – w drugim akcie pod sufitem podwieszone były kukły rozprutych ciał zwierzęcych. Nieważne jednak – mi było półmrocznie, mi było utulnie, mi było sennie, mi było faliście. Gdyśmy płaszcze odbierali, za plecami moimi usłyszałem słowa, skierowane do kogo innego, ale nachalnie wbijające się w moją świadomość: -Natchniona ta sztuka jakoś anielsko... Wyszliśmy. Nie mówiliśmy wiele, bo i zgodziliśmy się co do tego, że spektakl naprawdę przedni. Tylko że bardziej chyba wyborny ten mroczek, to ćmienie rozkoszne więcej nam dogodziło od słów, obrazów i ruchów na scenie. Mijaliśmy twarze. Twarz za twarzą, twarz za twarzą. Twarze w kapeluszach, twarze nieobute, twarze srogie i twarze martwe, choć życiem galaretujące. Twarze, twarze. A kamieniczki i uliczki jakby bez opamiętania chciały nas rozkochać w sobie. Przeto pałały pomarańczem od świateł latarni, nocnych błyskotek. Wszystko spowijał miły chłód, acz nie mróz, styczniowego wieczoru. Nie było śniegu. Gdzieś tam, przecznicę dalej, kobieta – skrzypaczka wzbijała najtkliwsze melodie prosto w czarne niebo, ponad poświatę nocnego miasta, a co jakiś czas w czerwonym obiciu wewnętrznym futerału dźwięczał pieniążek. I jakże by było urzekająco, a jak wzruszająco, gdyby nie pewien fakt, a może tylko kąsające mnie jednego widziadło. Oto z twarzy spozierały nie oczy, a płomyki. I choć żółte żółcią oczywistą, to zimne. I nie wiem do dziś, co z ogników tych wyzierało, a może skąd same one się zrodziły, ale trwogi, jaka mi się wtenczas udzieliła, nie potrafię do niczego przyrównać. Więc szedłem i mijałem twarz za twarzą, ognik za ognikiem. A każdy łypał nie na mnie, tylko jakby w bezkresną przestrzeń poza mną, ale jednocześnie żaden…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tamte Anioły — czytnik · opowiadania