Kultura · 6 min czytania
To nie musi być smutna historia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znalazłam w śniegu lisa. Był mały i przemarznięty. Piszczał, prosił żałośnie o pomoc. Bałam się, że mnie capnie ostrymi ząbkami, ale czule objęłam go ramionami i pogłaskałam po rudym futerku. Wiem, że zwierzęta nie mają mimiki, ale dam głowę, że wtedy się uśmiechnął. Latarnie nade mną mrugały, złotym, wyzywającym światłem, kiedy szłam przez ulice. Zmoknięte stopionym śniegiem, odpychały wręcz przechodni. Lis nie był chytry, a w marcu w cale nie jak w garncu. Cały czas po prostu padał śnieg, niebo zachmurzone, chociaż już była wiosna! Lisek troszkę się tam w moich ramionach kręcił, ale bardziej wyglądał na zmartwionego kociaka niż lisa. No bo czemu akurat temu pięknemu gatunkowi przyszło dźwigać brzemię najgorszych cnót: chytrość, obłuda? „Pewnie dlatego, że lisy są rude”- podpowiedziało coś, gdzieś w środku. Tak, Danka też przecież była ruda, a czy była wredna? Nie, ktoś tak piękny jak ona nie może być zły. Danuta ma jasną twarz, piwne oczy, piegi na całej skórze, o dziwo czarne, długie rzęsy. Jest bardzo chudziutka i drobna. Usta ma cieniutkie, ale zawsze uśmiechnięte i zadowolone, kryjące bielutkie perełki. Nosek, jak guziczek, wciśnięty między wielkie oczy, malutki i foremny. Często ubiera się na czarno, zarzucając na malutkie ramiona chustę po babci, bardzo staroświecką. Jest cicha, ale kiedy dobrze się ją pozna, potrafi rozmawiać godzinami. Jej rude włosy, falują się aż do pasa, czasami upina je w dwa warkocze, albo w takie „rogale”. Wtedy wygląda jak Ania z Zielonego Wzgórza, tylko, że to jest Danuta, zupełnie inna od roztrzepanej Anki. Danka nigdy niczego nie zapomina, lubi gotować, często czyta książki. Nie ma zbyt wielu przyjaciół, bo każdy wytyka ją palcami, za jej kolor włosów. Wtedy ja też się denerwuje, bo żal mi Danuty. Nazwałam rudego „Wiewiór”. Wiem, że wszyscy będą się śmiali, no to co. Prychnęłam troszkę z oburzenia, a on podskoczył, jak głupi. Przytrzymałam go, chyba był mi za to wdzięczny, bo ułożył się wygodnie w moich ramionach. Na podwórku Majewskich, zobaczyłam Adriana. Uśmiechnęłam się miło i zawołałam: - Mam lisa! – a on tylko spojrzał po sobie, wylał wodę z wiadra, które trzymał i pobiegł w moją stronę. Sama dziwie się sobie jak to jest, dlaczego on właściwie odpowiedział na moje zawołanie, przecież w cale się nie lubimy. Przybiegł i poprzyglądał się trochę mojemu „znalezisku”. Pogładził go po łebku. - No to patrz, byłby zmarzł...- szepnął, ale ja wcale nie zwracałam uwagi na Wiewióra, tylko na Adriana, który pochylał leciutko głowę nad liskiem. Wpatrywałam się w jego oczy i chciałam zrozumieć, dlaczego ten chłopak ma takie długie rzęsy, a ja kobieta, mam krótkie i mało…