Fantastyka · 7 min czytania
Transfer świadomości
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nigdy nie zgodzę się z zegarmistrzowską wizją świata ładu i harmonii. Nawet będąc dzieckiem, nie potrafiąc jeszcze poskładać w jeden obraz myśli i wydarzeń czułem podświadomie paradoksy wizji odgórnie ustalonego planu. Przeznaczenie nie istnieje. Mój los nie jest z góry nakreślony w gwiezdnym kalendarzu zdarzeń. Każda sekunda mojego życia może przynieść triumf bądź zagładę, czasem bez żadnego widomego związku z sekundami poprzednimi. Każde zaczerpnięcie oddechu, każde spojrzenie oczu to jeszcze jeden mikrotryumf nad uniwersalną tyranią przypadku. W każdej sekundzie czasu JA-świadomość i ja-ciało mierzę się z innymi bytami w niekończącej się walce o przetrwanie.
Czym jestem? Dlaczego chcę trwać? Co trzeba zachować, a co można poświęcić żeby przetrwać? I wreszcie czym jest "chcę"? Brzemię wątpliwości z dawna zasiadłe w mojej głowie nigdy nie dawało odpocząć. Odzywało się zawsze, czasem słabiej, czasem mocniej, jak boląc ząb. Stosy dzieł filozofów, humanistów, teologów i matematyków - w większości brednie oblepione powierzchownością wniosków. Tak niewiele świadomości wzniosło się ponad - tak niewiele potrafiło szybować jak ptaki w tej przestrzeni bycia.
Tak, byłem jednym z tych zaczynających karierę w garażu ojca, zarywającym noce dla przeglądania niekończących się linijek kodu. Jak wiele razy upadałem, tonąc we wściekłości i łzach. Zawsze sam. Lecz zawsze też powstawałem by iść dalej. Nikt z mojego otoczenia, a zwłaszcza wiecznie zmartwiona matka i zapracowany ojciec, nie zawrócili mnie z drogi, którą obrałem.
Ewolucyjna ślepa uliczka. Zmiany środowiskowe tak szybkie, że powolne mutacje i naturalny dobór nigdy nie nadążą. Zbieg wszystkich okoliczności i moja wola, która spięła je w czyn...
Białko, węgiel - koniec. Nie będzie więcej potrzebne. Ptak nie będzie musiał żyć by istnieć. Stworzymy go w nowej przestrzeni. I tak żyjemy w iluzji naszych zmysłów.
Siedział w głębokim fotelu, zanurzony w piankową, termostatyczną otulinę. Pasy krępujące kończyny w stawach napinały się w regularnym takcie. Błyski świateł, zdeformowane kształty ciał, powykrzywiane twarze -- kokainowy szał. Nurkowanie w głębinach swojego jestestwa, w otchłaniach dawno niedotykanych zakątków mózgu -- obszarach tak generycznych i starych -- niezmiennych od tysięcy lat, neuronowych obrazów Boga, strachu, matki i śmierci. Wielkie sale w ogromnym pałacu świadomości przebywane w biegu szaleńca, skok w skok, drzwi w drzwi. Kipiel neuronowej burzy, chaos kontrolowany -- mierzony zimnymi, polimerowymi sondami elektrod dotykającymi zaledwie powierzchni skóry gładko wygolonej głowy. Miriady sygnałów, w elektrycznym tajfunie kropel, płynęły kryształowymi światłowodami, zebranymi w grubsze pęczki przyłączone do obudowy mózgo-zgrywacza. Urządzenie zanurzone w półmroku pokoju, beznamiętnie rejestrowało układ sygnałów, poddając go analizie na kilkunastu milionach poziomów i tysiącach przedziałów czasowych. Z gmatwaniny elektromagnetycznych wibracji, w bezpostaciowej początkowo strukturze zgrywacza powoli tworzył się pseudo-kryształ. Po kilkudziesięciu minutach zabiegu niektóre jego części wykazywały dobre uporządkowanie, inne pozostawały wciąż bezpostaciowe, jednorodne. A…