Rodzina · 4 min czytania
Troska
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mężczyzna przytulał się do drzewa, którego suche gałązki, resztką swych sił utrzymywały zwiędłe liście, kora opadała jak strupy zaschniętej krwi, a kilka drobniutkich kwiatków zostało porwanych przez lekki podmuch wiatru. -Co ja teraz zrobię – mężczyzna płakał, łzy spływały po jego starej pooranej twarzy, spadając do kałuży otaczającej drzewko. W żylastej ręce trzymał pordzewiałe emaliowe wiadro, którym podlewał umierającą jabłoń. -Błagam cię nie umieraj- opuścił z rąk wiadro, i upadł na kolana jak w modlitwie, obejmując ją czule. -Rodziłaś mi najdorodniejsze, najsłodsze, najczerwieńsze jabłka na świecie, po które przyjeżdżali ludzie z najdalszych okolic, utrzymywałaś mnie i moją rodzinę. -Teraz wiem, jakim byłem głupcem - jego ręce gładziły pień, jakby trzymał w objęciach piękną kobietę. - Pozwoliłem ci marznąć w środku srogich zim, nie dałem ci pić, gdy ziemia pękała od suszy, pozwoliłem by robale zjadały twe ciało. -Wybacz mi, wybacz, błagam cię obdaruj mnie jeszcze tylko ten jeden raz swoimi owocami, nie dla mnie ja nie jestem ciebie godzien, ale dla mojej żony, która w życiu nie pragnie niczego więcej jak tylko skosztować twoich jabłek. Mężczyzna wstał, i wolnym krokiem poszedł do chaty. Wewnątrz izb rządziła choroba, zostawiając na piecu brudne gary, zamknięte okna, wazon z uschniętym kwiatem, klejącą się od brudu podłogę. W najmniejszej izbie leżała kobieta, w brudnej śmierdzącej pościeli, kaszlała nie przykładając ręki do ust, jej oczy były zamknięte. -Czy uda mi się jeszcze zamaskować jej owoców?– spytała…