Rodzina · 10 min czytania
tyranka ofiara
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Energicznym krokiem, nie oglądając się na boki, zmierzała w stronę lodówek, tylko ten fragment marketu widziała, reszta jakby rozmywała się. Z daleka już zauważyła, że jest tylko Kamil. Był bardzo pracowity i punktualny, jednak i jemu potrafiła dogryźć, gdy miała zły humor, to znaczy zazwyczaj. Przemka nie widziała. Czuła jak krew w jej żyła zaczyna szybciej krążyć, wzrok rozmazuje się z wolna, jak rośnie w niej energia, złość i chęć wyładowania się na kimś. - Dzień dobry – rzekł nie wiele młodszy od niej pracownik. – Gdzie jest Przemek? – podniosła głos. – Pewnie na… zapleczu. – Byłam tam, nie rób ze mnie kretynki. – Ale… – Was trzeba pilnować jak dzieci w przedszkolu – prawie krzyczała, spojrzała na zegarek. – Dziesięć minut spóźnienia. – Przepraszam – usłyszała za sobą zasapany głos Przemka. – A ty nie wiesz, o której przychodzi się do pracy? – odwróciła się do pracownika. – Przepraszam… – Może napiszę ci na kartce dużymi literami i powiesisz sobie w domu żeby nie zapomnieć! No chyba, że nie umiesz czytać! – Przeprasza… – Przyjść na czas do pracy to nie, ale wypłata musi być na czas. O tym to pamiętacie i bez wstydu dopominacie się, patałachy, bezmózgi! – Musiałem pójść z córką do lekarza, ma prawie czterdzieści stopni gorączki – próbował się tłumaczyć Przemek. – A to mnie nie obchodzi. Jeżeli nie potrafisz tak zorganizować czasu, żeby przyjść do pracy na czas, a przypominam, że charytatywnie nie pracujesz, to może powinieneś się zwolnić? Albo nie narobić sobie dzieciaków, a potem głupio się tłumaczyć, musiałem to, musiałem tamto. Gówno mnie to obchodzi. Gówno obchodzą mnie wasze dzieci i wasze problemy. Rozumiesz? Gówno. Jedno wielkie gówno! – Ile w tobie jest nienawiści – rzekł spokojnie Przemek. – Ty w psychologa to się nie baw. Lodówka ma być lotem błyskawicy zapełniona towarem. – Zero ludzkich uczuć. – Nie pierdziel mi tu jakiś farmazonów tylko bierz się leniu śmierdzący do roboty. Za gadanie nikt ci tu nie płaci. – Sama sobie to układaj. Mam już dość twoich wyzwisk. – Słyszysz co do ciebie mówię bezmózgi ślimaku? – A ty słyszysz co ja mówię? Czy jad zalał ci cały mózg? Sama so-bie wykładaj tą margarynę. – Dyscyplinarka. – Mam to gdzieś – odwrócił się i zaczął odchodzić. – Gdzie idziesz kretynie!? – Do chorej córki. – Dostaniesz dyscyplinarkę! – Mam to gdzieś. Powiem to twoim językiem – zatrzymał się i spojrzał w jej stronę. – Gówno mnie to obchodzi. Długo znosiłem twoje wyzwiska, bo mi cię było żal. Mówiłem sobie, pewnie ma kłopoty w domu, pewnie jest nieszczęśliwa, ale wszystko ma swoje granice, moja wytrzymałość również. – Wracaj! Odwrócił się na pięcie i spokojnym krokiem odszedł. Czuła jak wściekłość zalewa ją, jak przestaje logicznie myśleć i widzieć. Z chęcią wzięłaby coś ciężkiego i rzuciła przed siebie, ale ciekawskie spojrzenia ludzi trochę ostudziły jej zamiary. Zagryzła zęby i głęboko odetchnęła. – A ty co się gapisz? Bierz się do roboty – krzyknęła do Kamila. – Przecież pracuję. – Widocznie zbyt wolno. A może ty też masz ważniejsze sprawy jak praca, co? – Nie – bąknął cicho. – Nikogo tu nie trzymam, droga wolna. Honorowe dziadostwo – mruknęła patrząc za Przemkiem. Spojrzała na zegarek. Za półgodziny miała być w domu. Nie zamierzała pilnować Kamila. Dobrze wiedziała, że jest odpowiedzialny i pracowity. Mogła więc spokojnie iść do domu. Na samą myśl o powrocie do domu czuła jak żołądek ściska się i zaczyna ją mdlić. Bez słowa pożegnania zostawiła pracownika i poszła na zaplecze. Przebrała się, wzięła wcześniej zrobione zakupy i wyszła z marketu. Owiało ją ciepłe, wiosenne powietrze. Coraz dłuższe dni sprawiały, że wracała zanim ściemniało się. Jednak słońce, bezchmurne niebo i piękny zachód nie specjalnie napawał ją optymizmem. Wesoły świergot ptaków nie wywoływał uśmiechu na jej twarzy. Im bliżej była domu tym wolniej szła. Weszła do obskurnej kamienicy. Na korytarzu śmierdziało pleśnią i moczem. Promienie zachodzącego słońca wyraźnie oświetlały każdy kawałek obłupanego tynku, łuszczącej się farby, zacieku na suficie, obskurne drzwi do tanich mieszkań. Westchnęła i wsadziła klucz do zamka. Przekręciła go i otworzyła drzwi. Nie zdążyła wejść do wąskiego, ciemnego przedpokoju, gdy usłyszała jej głos. – Boże, czemu tak późno – jęczenie dochodziło z niedużego pokoju. – Czy ty już nie masz litości dla mnie? – Przecież codziennie wracam o tej samej porze. Nie jestem później. – No tak, teraz zacznij mi wypominać, że musisz pracować, że musisz mnie utrzymywać. – Nie wypominam – rzekła prawie szeptem, stawiając zakupy w kuchni. – Nawet nie masz pojęcia jak ja się czuję, cały dzień sama w domu. Samiuteńka. Nie mam do kogo słowa powiedzieć. Nikt się mną nie interesuje. – Mamo, już przyszłam, teraz mogę się tobą zająć. – Cały dzień, cały czas sama. Taka zapomniana, zaniedbana i głodna. – Przed wyjściem przygotowałam ci kanapki. – A co to jest parę kanapek. Dobrze