Akcja · 6 min czytania
Ucieczka prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PROLOG POSTAĆ W KAPTURZE
Deszcz padał coraz mocniej. Świat wokół zalany został gęstą siecią kropel. Słońce, które tego dnia niezbyt chętnie dzieliło się swoimi promieniami chyliło się już ku zachodowi. Zimny wiatr ciął w twarz niczym ostre żyletki przyłożone do skóry. I ta straszna cisza poprzerywana szumem deszczu i złowrogim gwizdem wiatru. Pogoda idealnie oddawała stan rzeczy podsumowując to, co niedawno się wydarzyło. Dziki, ponury krajobraz przygnębiał każdym fragmentem swego jestestwa. Dziki, ponury i... martwy. Tylko deszcz, wiatr i bezkres pustynnej przestrzeni okazjonalnie usianej samotnymi drzewami i ubogą roślinnością, której rozpoznanie nastręczyłoby problemów nawet najwybitniejszym botanikom. Żadnych śladów ludzi, żadnych śladów zwierząt, żadnych śladów życia. Prawie żadnych... Tylko ta jedna, jedyna postać, ale czy tkwi w niej jeszcze życie? Postać, której oblicze skrywał kaptur przez dłuższy czas nie podnosiła się z miejsca pozostając w bezruchu. Siedziała przygarbiona obejmując rękami kolana. Gdyby przyjrzeć jej się uważniej można by dostrzec delikatne drżenie ciała. Gdy deszcz utworzył wokół niej pokaźną kałużę, podniosła nieśmiało głowę do góry. Jej uszy wychwyciły cichy trzask. Burza... – pomyślała. Długa łamana linia przecięła niebo... i znowu trzask, tym razem głośniejszy. Postać w kapturze podniosła się nie bez wysiłku. Wiedziała, że długa droga przed nią. Perspektywa samotnej podróży po nieznanej ziemi, bez jakiegokolwiek środka lokomocji wprawiała ją w ponury nastrój. Nastrój, który z całą pewnością można by przedstawić aktualnej pogodzie. Postać ruszyła przed siebie. Niespiesznie, stawiając krok za krokiem, oddalała się od miejsca, którego nie chciała pamiętać. Miejsca, z którym związane wspomnienia jeszcze długo nie pozwolą jej zasnąć. Burza przybierała na sile. Co i rusz blask przecinający niebo rozświetlał okolicę. Postać odwróciła głowę w kierunku, z którego podążała. Kolejny blask rozświetlił jej twarz. Dało się zauważyć błysk zielonych oczu, ale nic poza tym. Kilkanaście minut później postać w kapturze zniknęła za najbliższym wzniesieniem, a krajobraz pozostał dziki, ponury i... MARTWY. Ranek przywitał ją nieśmiałymi promieniami wschodzącego słońca. Nowy dzień a te przeklęte słońce wciąż takie samo. Świat budzi się do życia a słońce wciąż takie samo. Świat budzi się do życia? Jakiego życia? Przecież wszystko wokół to martwa pustka. Nawet tych kilka drzew, tych kilka roślin niewiadomej nazwy, nawet one sprawiają wrażenie, że mają dość tej egzystencji i chcą zwiędnąć, uschnąć. Postać w kapturze mimo wielkiego zmęczenia, bólu głowy i wszystkich mięśni nie mogła usnąć. Obrazy minionych dni przewijały się przed oczyma, nakładały się jedne na drugie czyniąc niewiarygodne cierpienie. Gdyby ktoś chciał je zmierzyć przy pomocy jakiegoś urządzenia, wskazówka od razu przekroczyłaby punkt krytyczny. Nie