Horror · 8 min czytania
uciekając przed niebezpieczeństwem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Upalne słońce nurzało promienie w zielonym aksamicie wonnej łąki szukając rosy w trawach, liściach, pajęczych niciach. Na próżno. Nawet w cieniu drzew już nie było wilgoci. Leniwy wiatr trącał kwiaty i zioła strzepując pyłek, rozsiewając woń wokół przystrajał się nią niczym perfumą. Przyroda drzemała w letnim rozleniwieniu i spokoju czekając na rześki powiew wieczoru, wilgoć rosy. Ptaki niezmordowanie, pełne energii ćwierkały w gęstym listowiu bukowego lasu, zagłuszając delikatny szum tysięcy liści w pierzastych koronach. Zwierzęta zmęczone upałem wędrowały szlakiem cienia w poszukiwaniu wody. Nagle… wszystko zamilkło. Zamilkł wiatr, zamilkły ptaki. Po chwili zerwały się do lotu robiąc dużo szumu, machając w panice małymi skrzydełkami ile sił. Zwierzęta zastrzygły uszami po czym przerażone zerwały się do galopu. Nastała świdrująca w uszach cisza. Złowieszcza i brzemienna cisza. Poczuła jak fala strachu uderza w jej twarz by po chwili spłynąć po niej w dół, paraliżując nogi. Chciała uciec, ale nie wiedziała, w którą stronę biec i przed kim miała uciekać. Nie mogła podążyć za zwierzętami, bo te rozbiegły się w różnych kierunkach, jakby nie wiedziały skąd nadciąga niebezpieczeństwo. Słońce ciemniało, wokół robiło się chłodniej i ciemniej. Tuż pod jej nogami ziemia z lekka zafalowała, jakby pod warstwą trawy była woda. Początkowo ledwo to wyczuwała, ale fale przybierały na sile. Wszystkie zielone wzniesienia, które widziała wokół siebie bardzo wyraźnie falowały, jakby woda chciała wyrwać się na powierzchnie. Nie miała wątpliwości, że za moment tak się stanie. Fale prężyły się niczym dzikie konie czując krępujące je uprząż. Coraz bardziej natarczywie domagały się uwolnienia. Nie mogła tak stać i patrzeć na to, co będzie dalej. Zaczęła iść w stronę największego wzniesienia, tak jakby to, że będzie wyżej miało ją ocalić. Wzniesienie, w stronę którego szła, falowało jak cała reszta. Jeśli pod trawą była woda to czego trzymały się korzenie drzew? Wyglądały tak, jakby je ktoś przykleił do zielonego aksamitu. Wydawało jej się, że wszystko co widzi dookoła to wielka makieta, tylko nie wiedziała, jak znalazła się na tej makiecie i dlaczego. Gdzie kończy się ta makieta. Zielony aksamit gdzieniegdzie mienił się w słabym słońcu. Oznaczało to jedno. Spomiędzy zwartych korzeni trawy, wielu zielonych źdźbeł sączyła się woda… zarówno na terenach położonych niżej jak i na wzniesieniach. Sącząca się woda nie znała grawitacji. Nie spływała z wniesień ku dołowi. Niebezpieczeństwo nadchodziło zewsząd. Teraz wiedziała dlaczego zwierzęta nie uciekały w jednym kierunku, jednak ich nie było. Czyżby znalazły schronienie? I gdzie ? Zbiegła ze wzgórza, biegła na oślep leśnym duktem, już nie ku wzgórzu, ono jej nie uratuje. Nie widziała nigdzie ratunku. Leśna, udeptana ścieżka zaczęła nasiąkać wodą. Coraz ciężej było jej oderwać nogi by dalej biec. Ziemia zaczęła przypominać bagno. Jej stopy zapadały się coraz głębiej oblepiając jej opalone nogi błotem. Ścieżka, ku jej zdziwieniu, tuż za zakrętem kończyła się niewielką jaskinią, a może to był tunel, bo czy leśny dukt może kończyć się jaskinią? W nadzieji, że znajdzie tam bezpieczne schronienie, brnęła przez grząskie błoto odgarniając rękoma powietrze. Nieprzyjemna maź sięgała do połowy łydki, zabrała jej oba pantofle, chowając w swoim wnętrzu niczym skarb, którego nikt nie ujrzy. Cień rzucany przez jaskinię był granicą. Po jej przekroczeniu ziemia nie falowała, bagno kończyło się. Stała boso na zimnej, twardej skale. Nie oglądając się za siebie szła w głąb jaskini. Wokół panował półmrok, a nie całkowita ciemność. Rozglądała się…