Inne · 7 min czytania
Upalne popołudnie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Upalne popołudnie
Popołudniowy, soczysty upał zdawał się skraplać i opadać na skwierczącą werandę gorącymi, nabrzmiałymi kroplami pozłocistego blasku. Do tego, od strony oślepiająco żółtych pól, od których biła gorejąca skwarem złota żyła słoneczna, płynęło powietrze ciężkie i duszące parującą esencją wybujałych wrzosów. Niewidzialne konstrukcje, napowietrzne budowle, ruchome labirynty i powolne okręty, sunęły ospale niosąc ze sobą odległe wywary parujących łąk. Jednocześnie wzbijał się od czasu do czasu suchy chrzęst, koścista wrzawa, owadzi łoskot, swoisty gwar chrabąszczy a szybkie, fioletowe błyskawice ogłupiałych much przecinały powietrze. Z dala, za linią rozedrganego horyzontu, pustką ziały białe plamy krajobrazu, wysuszone, blade karty, woskowe głazy, dziwne symbole pośród zamętu tego wibrującego i niepewnego pejzażu. Właśnie zasiadłem z innymi do spóźnionego śniadania i dalej wytężałem wzrok by uchwycić coś konkretnego w tym pastelowym, wilgotnym widoku, gdy ktoś po raz pierwszy tego dnia włączył chrzęszczący i krztuszący się radioodbiornik. W matowym, jakby przyduszonym upałem głosie dobywającym się stamtąd, wszyscy wyczuli jakby zapowiedź nadciągającego kataklizmu, jakby w prognozie pogody był nakaz natychmiastowej ucieczki. Pozostałem jednak na miejscu, starając się dojrzeć szare zarysy, brudne zacieki miasta, z którego parę godzin temu tutaj przyjechałem. Osobliwe dziś wydawały mi się ulice przedmieścia, wyprane z kolorów, przysypane wędrującym tumanami piaskiem, bardzo ciche i spokojne, a w upalnym powietrzu rozbrzmiewał nieokreślony huk, kojarzący się z odległym morzem. Gdy tramwaj wjechał niemalże w wysuszone, żółte trawy, wysiadłem i dotarłem tutaj, pozostawiając za sobą skwierczącą blachę zardzewiałych fabryk. Teraz na horyzoncie dookoła nie było widać nic prócz mieszających się, jaskrawych barw i świateł. Po skończonym śniadaniu ktoś nagle orzekł, że po drugiej stronie ujrzał zakradającego się psa. Wraz z porucznikiem poszliśmy sprawdzić czym jest owo zwierzę, które cały dzisiejszy poranek kręciło się wokół domu przemierzając labirynty wysokich traw, chowając się w cieniach, samo niezauważalne, swą obecnością jedynie niepokojące zmysły. I tym razem nasze ospałe poszukiwania nie przyniosły żadnych skutków oprócz odkrycia śladów prowadzących ku innym drzwiom a potem znów na zewnątrz daleko w głąb pustkowia. Gdy powróciliśmy na werandę, reszta stała zahipnotyzowana, wpatrzona w pustkę, błądząca gdzieś po innych wymiarach, otumaniona szumem radia. Samemu chwilę błądziłem wzrokiem po horyzoncie szukając odległych punktów, aż wreszcie zacząłem dziwnie meandrować pośród katarakt i odnóg tego upalnego dnia, lecz po chwili znów usiadłem na krześle i przyglądałem się jak porucznik uporczywie reguluje radioodbiornik, by głos spikera stał się czysty i wyraźny. I znów, w jego głosie było coś niepokojącego, jakby ktoś tam w mieście nie mógł się zdecydować czy dać hasło do ewakuacji i puścić napięte sprężyny paniki. Z nieba dalej sączyła się jaskrawa kipiel…