Fantastyka · 6 min czytania
"Uriel" - "Armia Bo(u)ga"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Uriel"
„Armia Bo(u)ga”
Ostatni pojedynek z Blade’m wypadł lepiej niż się spodziewaliśmy. Goście zostali wcześniej ulokowani w „bezpiecznym pokoju”, tak więc jedynymi ofiarami było kilka butelek, dwa stoliki i jeden kot, który przypałętał się nie wiadomo skąd. Doszliśmy do wniosku, że następnym razem będziemy musieli pobierać opłaty za wejściówki (lub za przebywanie w „bezpiecznym pokoju”) bo coraz więcej osób przychodziło ale coraz mniej zamawiało jakiekolwiek drinki, nie mówiąc już o jedzeniu. Typowi „gapie”. Wracając do domu wstąpiłem w progi najlepszego „schronienia” w mieście i jak wielu uważało także na kontynencie. Jednak w „Slaughterhouse” było już mało osób – zbliżał się świt. Tak więc nie spotkałem żadnego znajomego. Wypiłem dwie porcje nektaru życia (od czasu ostatniego incydentu Maharet bardzo mnie pilnowała jeśli chodzi o odżywianie się) i ruszyłem w dalszą drogę. Spacer bardzo mi się dłużył więc postanowiłem się rozerwać. Przecznicę dalej spotkałem grupkę jakichś ludzi. Zabawimy się! Ruszyłem w ich stronę. Zauważyli mnie i zaczęli nerwowo rozglądać się dookoła. - Przepraszam czy panowie mają trochę krwi na zbyciu? Z chęcią bym coś przekąsił. Obnażyłem kły i zaczynałem się dobrze bawić gdy zobaczyłem strach w ich oczach. Jednak szybko strach zastąpiło zupełnie coś innego: - Bić pijawę! Za Bo(u)ga! Nawet się nie spostrzegłem kiedy wszyscy wyciągnęli spod kurtek po Ingramie. Kiedy zaczęli strzelać wykorzystałem dar akceleracji i stanąłem za jednym z nich. Wyglądało na to, że nie dbają zbytnio o los swoich pobratymców gdyż chwilę później moją „tarczę” niemal przepołowiły trzy szybkie serie z pistoletów. Jeszcze jeden unik i roztrzaskałem czaszki dwóm kolejnym kolesiom (jedną o drugą). Ostatni rzucił się do ucieczki posyłając na do widzenia kilka kul. Dogoniłem go i chciałem „przesłuchać”, jednak niespodziewanie odwrócił się i z okrzykiem: - Za Bo(u)ga! ,odstrzelił sobie łeb. Więc o własne życie także nie dbali? Co to za debile? Jakaś sekta kamikaze? Nieważne, dowiem się później. Słońce niedługo wstaje. Dzień przespałem spokojnie i kolejnego wieczora poszedłem do „Slash” żeby zasięgnąć języka o tych powalonych fanatykach – kamikaze. - Hej Blade! Dziś podwójna tequila! - Ooo… Jakieś nowości z wielkiego świata? - Nic nowego. Czterech buraków z bronią maszynową. Było jednak coś co ich wyróżniało od zwykłego mięsa armatniego. - Cóż takiego mój przyjacielu? Cóż za niesamowite zdolności wyróżniały ich od pospolitych zjadaczy chleba? - A ty cyniczny jak zwykle… Mi nie jest do śmiechu. No dobra, przyznaję, że na początku świetnie się bawiłem. Ale wszystko co dobre szybko się kończy. A ta „specjalna zdolność”, jak to określiłeś, było tym, że rozpoznali we mnie Kainitę… - I? - Wrzeszczeli coś o Bo(u)gu. Jeden odstrzelił sobie łeb z