Fantastyka · 4 min czytania
Video
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Po śmierci chyba za dużo nie ma. To znaczy, tak mi się wydawało, dopóki przedwczoraj nie wpadłem pod koła rozpędzonego peugeota. Cóż, było ślisko i chciałem zdążyć do tramwaju, ale żeby to zrobić, musiałem przejść przez ulicę. Peugeout był biały i na letnich oponach. Z nieba wówczas lało się śniegiem. Nic nie widać było, typowa szarówka, na drodze – chlapa. Taka sobie pogoda. W końcu zapowiadali śnieżycę. Śpieszyłem się do kina, bo wreszcie chciałem obejrzeć najnowszy film tej niby nowej generacji na wielkim ekranie. Umówiłem się z Maksem i nie chciałem przyjść spóźniony. I tak jakoś poślizgnęła mi się noga. Okropnie ślisko było, a ten peugeot nie wyhamował. Cisza.
Usłyszałem:”śmierć na miejscu”. Szepnął to jeden policjant do drugiego. Stali na skrzyżowaniu i patrzyli, jak karetka odjeżdża w stronę centrum miasta. Zrobił się strasznie długi korek. A potem wszystko stopniowo zanikało. To znaczy, nie do końca. Śnieg dalej padał, ale nawierzchnia była czarna, biały puch leżał tylko tam, gdzie w lecie są trawniki. Dalej jeździły samochody i mijały mnie tłumy ludzi, ale nieco wolniej, jakby wyzuto ich z powszedniego pośpiechu. Mieli czapki na głowach, kurtki, zimowe buty, choć nikt nie marszczył brwi z powodu wiatru i nie wyglądał na zziębniętego. Stałem przed feralnym przejściem i rozglądałem się. Niczego nie pojmowałem. Podszedł do mnie jakiś facet, około trzydziestki. Miał miły, przyjemny głos. Zaproponował, żebyśmy się przeszli. Szliśmy zupełnie w przeciwnym kierunku, ale wzdłuż ulicy. Światła samochodów powinny mi świecić w oczy. Powinno mi być okropnie zimno. Powinny mi były buty przeciekać, nowych nie kupowałem od kilku lat. Zamiast tego, reflektory nie raziły mnie, czułem przyjemne ciepło wewnątrz…