Przygoda · 12 min czytania
w drodze na plebanię
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zapadał zwolna zmierzch, zbyt wcześnie, zbyt zimny. Na wierzchołkach gór leżały resztki śniegu i to przez ten śnieg właśnie wiał lodowaty wiatr szumiąc złowrogo w ciemniejących koronach drzew. Asfaltowa ulica, którą wracał od chorego z ostatnią posługą była zupełnie pusta i cicha. Nie przepadał za takimi wycieczkami do najdalej położonych domostw, ale właśnie tam mieszkali zwykle najstarsi ludzie i często takie wędrówki były konieczne. Nie mógł odmówić. Ksiądz proboszcz był zbyt stary i schorowany by to on mógł chodzić z ostatnią posługą, odwiedzanie chorych spadło na niego. Mijał kolejny kręty zakręt gdzie po jednej stronie drogi piętrzyła się góra, z której często odrywały się odłamki skały, z drugiej strony znajdowała się przepaść zwolna podchodząca do góry by w pewnym momencie stać się górą. Ze skalistego rejonu wszedł iglasty las, tak gęsty, że w nim panowała prawie noc. – Zdrowaś Maryjo… Rozglądał się wokół starając się przebić mrok w obawie, że ktoś czai się w ciemności i chce napaść na niego, zbezcześcić Najświętszy Sakrament. Był tak zajęty rozglądaniem się i szukaniem złoczyńcy, że prawie potknął się o leżącą postać na poboczu drogi. Przyklęknął na poboczu nie zważając na to, że brudzi sutannę, po ostatnich deszczach wszędzie panowało błoto. Postawił kielich z komunią na asfalcie. Obrócił postać w łachmanach na plecy. W pierwszej chwili myślał, że to mężczyzna, ale mylił się. Miał przed sobą nieprzytomną, młodą kobietę. Po odkrytych rękach spostrzegł, że jest strasznie wychudzona. Pewnie głodowała. Nie przypominał sobie by widział ją kiedykolwiek w okolicy. Więc nie pochodziła stąd, przybyła skądś, musiała przebyć długą drogę, bo wokół były tylko góry i gęste niezamieszkałe lasy. Przyłożył palce do jej szyi. Nie mógł wyczuć tętna. Była przeraźliwie zimna, ale to mogła być wina lodowatego wiatru. Rozchylił łachmany na jej piersi i przyłożył dłoń z lewej strony. W wątłej piersi biło słabo serce, żyła. Odetchnął z ulgą wznosząc oczy ku niebu dziękując Bogu za jej ocalenie. Po sekundzie dotarło do niego, że rękę trzyma na piersi kobiety. Zabrał ją szybko przypatrując jej się uważnie i choć nic się z nią nie działo, czuł, że jego ręka płonie, że zaraz zrobi się brązowa i uschnie niczym liść na jesień. Nic jednak nie stało się. Spojrzał na kobietę. Przez rozchylone łachmany lodowaty wiatr zabierał ostatnie iskierki ciepła. Musiał ją zabrać, ale gdzie? Tylko na plebanię. Podniósł kobietę, była bardzo lekka, przerzucił ją przez swoje ramię i choć był wątły jej ciężar nie sprawiał mu trudu. Schylił się po kielich z komunią i ruszył w dalszą drogę. Nim dotarł na plebanię zapadł zupełny zmierzch. W mijanych, nielicznych domostwach paliło się światło w oknach, ale w obejściu panowała cisza, tylko gdzieniegdzie ujadał pies uwiązany na łańcuchu przy budzie. Sprawiło mu to ulgę, a po chwili smutek, gdy odkrył, że chciał ukryć kobietę przed oczyma innych i sam nie wiedział dlaczego. Chciał tylko jej pomóc, chciał by żyła. Przecież było to jego obowiązkiem, pomoc bliźniemu. Dlaczego więc chciał ukryć ją przed wszystkimi? Na plebani panowała absolutna cisza zagłuszana jedyne świstem wiatru przez nieszczelne okna. Gospodyni już poszła, a ksiądz proboszcz pewnie już spał. Nawet na korytarzu nie paliło się światło. Odstawił komunię i po omacku poszedł do siebie. Położył kobietę na łóżku i zasłonił szczelnie okna, dopiero w tedy zapalił lampkę przy biurku. Dotknął jej dłoni, były czerwono-sine i zimne jak u nieboszczyka. Zaczął je rozcierać, ale nie wiele to dało, sam był przemarznięty. Wrzucił do kominka drewno i podpalił. Po chwili pokój wypełniało miłe ciepło, czuł jak krew zaczyna krążyć po jego ciele roznosząc ciepło. Podszedł do kobiety by sprawdzić czy nie odmroziła sobie stóp i ze zdumieniem odkrył, że nie miała butów. Stopy miała owinięte w niedużą przetartą szmatę, ściągnął je i wrzucił do ognia. Zaczął rozcierać jej sztywne stopy dopóki nie opuściły go siły. Najchętniej rozebrał by ją z brudnych szmat i dał suche, czyste i ciepłe swoje rzeczy, ale bał się, miał tylko odwagę by porozcierać dłonie i stopy, przykrył ją więc kocem mając nadzieję, że jej to pomoże. Dzień i wizyta z ostatnią posługą zmęczyła go i choć walczył z opadającymi powiekami usnął w sutannie na małym dywaniku na podłodze w cieple bijącym od kominka.Poruszył się gwałtownie nie wiedząc co się dzieje, czemu leży na podłodze, w chłodzie. Nagle przypomniał sobie wczorajszy dzień i zerwał się stając na równych nogach. Łóżko stało puste, tylko odrzucony na bok koc świadczył, że ktoś w nim spał. W pierwszej chwili myślał, że kobieta uciekła, ale wtedy cień na fotelu poruszył się. Przez zasłonięte okna wpadało niewiele porannego światła, więc panował półmrok, który ukrył skuloną postać na fotelu. Podszedł patrząc w jej przerażone, błękitne oczy. – Nie bój się mnie, jesteś bezpieczna, jestem ksiądz Jan, wikariusz tutejszej parafii, a jak ty masz na imię? – Ana. – Anna? – Ana. – Jesteś pewnie głodna, kiedy ostatni raz jadłaś? Milczała i z tym samym głębokim przerażeniem patrzyła na niego. Nie wiedział, czy rozumiała co do niej mówił czy też nie. – Jesteś głodna? Kiwnęła głową, że tak. Nie wiele myśląc wybiegł ze swojego pokoju do kuchni, gdzie krzątała się gosposia. – Ksiądz Jan coś dzisiaj przysnął. Nie ładnie. – Miałem wczoraj ciężki dzień i daleką wyprawę. – Wiem, pan Stanisław zmarł w nocy, zdążył ksiądz na czas. – Pokój jego duszy. – Czego ksiądz tak szuka? Za piętnaście minut śniadanie. Chciał zabrać kawałek chleba dla Any, ale gdyby zrobił to przy gosposi wzbudziłby podejrzenia, a tego chciał uniknąć. Nie potrafił szybko znaleźć pretekstu, żeby ją wywabić z kuchni. Istniała jeszcze…