psychologia · 15 min czytania
Walijski Żonkil
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Skończyłaś dwanaście lat, motylki ci nad głową fruwają, niedługo zejdą do brzucha, ale na razie wypędzają muchy z nosa, co by przy pierwszych szkolnych skurczach serca nie buszowały zanadto. I anioły ci zaśpiewają, i ptaki wszystkie gardziodełka swe wytężą, i oczy zrobią ci się wielkie jak spodki, gdy poczujesz ten dreszcz w okolicach żołądka i będziesz wiedziała, że to on… i czeka cię miłość po wsze czasy, i spotka cię radość niezmierna, i poczujesz” Kop w łóżko. Jeszcze raz, i jeszcze. Materac wybrzuszył się wyraźnie w jednym miejscu i zaraz tuż nad krawędzią mego łóżka pojawiła się głowa Azy zezującej na moją zaskoczoną twarz. - Śpiewałaś przez sen. Fałszowałaś. - Serio? – nie umiem sobie przypomnieć – A co śpiewałam? - „Gdybym ci ja była słoneczkiem na niebie” – Julka westchnęła cicho – tak, tak. Powinnaś się usamodzielnić, wiesz? - Ja? – zdziwienie kompletne – Dlaczego ja? - Masz osiemnaście lat i trochę, a snujesz się za mną i za Irysem jak za przeproszeniem ogon za psem. Ja i Irys mamy cię dość. Czemu dla odmiany nie pomęczysz Primy albo chociażby Szemrusia? Usiadłam zdziwiona na łóżku, uderzając w sufit głową. Jęknęłam. - Raz, że nie ciągnę się za wami, nie ma głupich, tylko się wami opiekuję. Dwa, że Shamrock i Primrose mają po dziesięć lat, trzy, że co jest na śniadanie, cztery, Rose i Szemruś to problem Irysa, sześć, że ty i Irys jesteście dość duże, żeby zrozumieć, że... – rozbolała mnie głowa. - Że co? - Że, do cholery, dzisiaj kolej twoja i Irysa na robienie śniadania – opadłam na poduszkę, masując moją stukniętą w sufit głowę. Prawda, jako najstarsza powinnam grzecznie iść do kuchni i urządzić tym małym terrorystom jakieś zjadliwe śniadanie. Ale nie zrobiłam tego. Potem żałowałam, bo już po piętnastu minutach na łóżko wdrapała się Rose i swoimi zimnymi łapkami dotknęła mojej twarzy. Zlękłam się piekielnie. - Boże drogi, Rose, załóż coś ciepłego! - Fod, chodź szybko, bo Irys i Aza się kłócą, a Shamrock nie chce jeść tego, co zrobiły Aza i Irys. - Już schodzę – poddałam się – no, zejdź. Ty musisz pierwsza, żebym ja też mogła. Rose chwyciła się barierki piętrowego łóżka i ostrożnie zeszła, prawie zjeżdżając po jego nodze. Ja zeszłam, jak należy, po drabince. W kuchni tragedia. Czwartek, szósta rano, zimno jak w psiarni, dygoczę w cienkiej piżamie i dopytuję się, co do licha wyczyniły moje dwie ukochane podopieczne. - Fod, to ona zaczęła! - Nieprawda, to ona! - Prawda czy nieprawda, dajcie mi ogarnąć sytuację – starałam się je uspokoić, ale równie dobrze mogłabym mówić do ściany. Irys zaczęła coś gadać o odpowiedzialności i straciłam cierpliwość. Zwłaszcza, że Rock i Rose słuchali. - Shamrock, Primrose, do pokoju! – zakomenderowałam – Pośpiech, raz, dwa, trzy. Nie płacz, Rose, jakoś sobie z nimi dwiema poradzę. Bliźnięta wyszły, zabierając ze sobą spalone mleko i twardy jak kamień kawałek chleba. Ostatni, na spółkę. Przebiegła mi przez głowę myśl, czemu nie uzupełniłam zapasów, ale ostatnio była chyba kolejka Azy, a może moja? - Dobrze, co się stało? – zapytałam pozornie spokojnie, chociaż moja dusza ziewała z niewyspania i miałam ochotę kogoś stłuc. - Mleko z gara się wylało – odpowiedziała do rymu Irys i rzeczywiście, tak mniej więcej wyglądała sytuacja. - Ubierzcie się. Śniadanie zjecie w szkole. Sham! Rose! Ubrani? – zastukałam w drzwi prowadzące z kuchni do pokoju bliźniąt. - Nie – Rock wychylił głowę – i Rose też nie. Coś się dzieje. Wszystko rajstopy jej się zminiaturyzowały. - O czym ty gadasz, Rock? – wystraszyłam się i wparowałam do ich pokoju, gdzie na środku dywanu siedziała Rose, oglądając w otępieniu wszystkie swoje pary rajstop, teraz nadające się dla czterolatka. - Och, Rose, przepraszam – ukucnęłam koło niej – wybaczysz mi? Musiałam coś z nimi zrobić… nie wiem co, ale się nie powtórzy, obiecuję. - Nie potrzebuję twoich obietnic. Chcę do mamy! – Rose spojrzała na mnie ogromnymi oczami. Musiałam trzymać fason, ale sama nie umiałam. - Przecież wiesz, że mama nie wróci przed… - Tak wiem. Zanim nie skończę piętnastu lat – Rose siąknęła nosem i zaczęła miętosić małe rajstopy. - Ugotowałaś je – Shamrock targał inną parę – wyprałaś w za dużej temperaturze. Mamie to się nie zdarzało. - Nie bądź za mądry, Rock. Pakuj się, zaraz wychodzimy. Boże, jak Rose pójdzie bez rajstop? - Ugotuj jakieś swoje – poradziła ponuro Irys stając w drzwiach. - Nie zdążę – spanikowałam – mam na ósmą do szkoły. Rock, o której zaczynacie? - Dziesiątej dwadzieścia. Kończymy po czternastej – Rock ze stoickim spokojem pakował do plecaków serki homogenizowane. Po jednym dla każdego. Czego jak czego, ale serków nam nie brakowało. - Irys was odbierze – spojrzałam na Irysa, która była zdecydowanie niezadowolona. - Będę musiała nadrabiać drogi – powiedziała chłodno. - Nie moja wina, że twoje gimnazjum jest bliżej domu niż ich szkoła – zauważyłam. - Ja nie mogę, kończę lekcje o trzeciej – zastrzegła Aza. - Ja kończę dzisiaj o ósmej – pożaliłam się – a przecież mam maturę! Aza i Irys zmiękły. Wiedziały, że muszę zdać, bo inaczej czeka nas jeszcze jeden zwariowany rok Znowu błagania o wieczorne godziny w McDonalds, znowu cały dzień bez Fod, która musi pracować i się uczyć. Już wiedziałam, że jakoś między sobą ustalą, kto z kim i dlaczego ma odebrać maluchy. Ubraliśmy się wszyscy czym prędzej, zdołałam zgarnąć swoje książki do torby i jakoś niczego nie zapomnieć. Zaczęliśmy się zbierać: Aza miała odprowadzić dzieci na świetlicę po drodze do swojego technikum, Irys lecieć prosto do szkoły (szczęściara, ma ją zaraz za rogiem), a ja – szykować się i lecieć do budy leżącej zdecydowanie najdalej, najgorzej wyglądającej, najbardziej absorbującej i tak naprawdę nikomu nie potrzebnej, bo co za różnica, gdzie zrobię maturę, jeśli i tak potem nie będę studiować? Miałam już chętki, żeby się przepisać do technikum Azy, ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Założyłam buty ze sztucznej skóry, jedyne sztuczne marmurkowe glany, jakie znalazłam w mieście, i pobiegłam na przystanek autobusowy, gdzie w ostatnim momencie załapałam się na jadącą do centrum „dwójkę”. Stojąc w niemiłosiernym tłoku zobaczyłam Azę z dziećmi wchodzących do szkoły. Bardzo, bardzo dobrze. Dojechałam do mojej szkoły akurat tak, by zdążyć na angielski. Wpadłam zasapana na korytarz, zrzuciłam kurtkę i pobiegłam do klasy czekającej pod salą językową. Towarzysze broni złapali mnie, gdy osuwałam się na podłogę pod ścianą. - Znowu kłopoty w domu? – zapytała Gośka, która nie grzeszy urodą, ale jest strasznie przenikliwa. - Yhm – nogi mi się rozjechały. Byłam wyczerpana. Ktoś usłużny mi je podgarnął, żeby reszta braci uczniowskiej się nie pozabijała. - Fod, daj sobie spokój. Podziwiam cię, że nie rzuciłaś szkoły, ale za wiele na siebie bierzesz – zauważyła ruda Aga – dzieci można przecież umieścić w… - Nie – ucięłam – nie, nie wolno mi. Za cztery lata i osiem miesięcy wszystko wróci do normy. Wytrzymam. - To nie będzie norma! – Aga wydarła się na mnie niespodziewanie – to żadna norma! Dzieci będą bez matki przez pięć lat! Jak ty sobie wyobrażasz ich życie? Przecież ich nie zostawisz. Jak ty założysz rodzinę? A może wyniesiesz się z domu i zostawisz je na pastwę swojej matki, co? Myślałam, że już doświadczyłaś jej matczynej miłości. Gdzie jest twój ojciec, gdy ty się zaharowujesz, co? - Aguś, przestań, wiem, że masz rację – rozpłakałam się. Koledzy dźwignęli mnie na nogi. Już byłam zdolna do użytku – Aguś, tylko co ja mogę? Nie oddam ich do rodzin zastępczych, zawsze…