Akcja · 6 min czytania
Wiatr w zegarze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Wiatr w zegarze”
Są historie, które za wszelką cenę nie dają się opowiedzieć. Są ludzie, którzy za nic w świecie nie pragną stać się ich bohaterami. Ale tak jak pies nie chce ginąć pod kołami samochodu, z wybałuszonymi oczami, bebechami na wilgotnym asfalcie, tak też ludzie nie mają chwilami wyjścia i zrządzeniem losu zapisują karty tych strasznych, a zarazem fascynujących historii. Oto jedna z nich.
Doznał tego uczucia w żołądku, które człowiek odnosi, gdy zamierając w bezruchu na klatce schodowej słyszy zbliżające się do niego kroki. Żaden Bethoveen, Bach ani Chopin. Tylko te odgłosy właśnie. Odgłosy bulgotania i wywracających się flaków, to dźwięki ludzkiego życia, ścieżka dźwiękowa do nienakręconego jeszcze filmu o homo sapiens.
- Frank – zwrócił się do niego delikatny, niski głos.
Część 22 / 2
Zmysły wyostrzyły się automatycznie i przystosowały do półmroku. Cienie uciekły spod drzwi. Z umiarkowaną cierpliwością czekał na śmierć znosząc wydłużającą się ciszę. Czekał przez mrugnięcie oka, po czym wzruszył ramionami wyrzucając w powietrze tumany mroku. Zbiegał mierząc słuchem każdy szelest. Wyszedłszy na ulicę starał się zyskać anonimowość wśród setek twarzy bez głów. Ale wyróżniał się jak siodło na świni. Chciał zniknąć, lecz w Szanghaju nie ma latających rykszy. Jest pełno facetów z cichymi, dobrze ułożonymi żonami, ale nie ma takich jak on. Zaginionych dzieci lat 70tych, z ich mentalnością, anarchią myślenia i głęboką empatią. Wszedł do pierwszej lepszej knajpy. Zamówił kawę i próbując dostroić myśli włączył małe radio stojące na blacie.
- Frank! – rozległ się paniczny pisk. Odwrócił się powoli. Mały facet w koszulce Manchesteru United patrzył na niego rozpalonym wzrokiem. - „Strangers In The Night”. Mógłby Pan zrobić głośniej!? – błagał. Podkręcił radio. Podnosząc filiżankę ujrzał małą zwiniętą karteczkę.
„Siwe kelnerki w nocnych restauracjach już się poddały. Urok minął.”
„Co jest do cholery?!” – pomyślał. Rozejrzał się dokoła. Szybko wlał w siebie resztkę kawy, po czym pospiesznie opuścił lokal. Doszedł do logicznego wniosku, iż powrót do mieszkania byłby nierozsądny. Deszcz rozpanoszył się na ulicach, w każdym, nawet najmniejszym załuku. Noc na świeżym powietrzu nie wchodziła w rachubę. Wynajął więc pokój w motelu, w obcym mieście, opłacony tylko do rana miał być przystanią. Rozgościł się w malutkim pomieszczeniu, nieprzyjemnie jasnym od żarówek bez kloszy. Włączył telewizor, gdzie jakiś kabaret opanował ramówkę i wymuszał na społeczeństwie swoje poczucie humoru. Frank śmiejąc się z beznadziejnych dowcipów skręcał tytoń. Jeśli ktoś wiedział jak siedzieć doskonale groteskowo, to był właśnie on w tamtej chwili. Obserwując muchę na deszczowej firance kątem oka szukał niejednoznacznych cieni za oknem, które dałyby mu pretekst. Żaden się jednak nie pojawił i Frank usnął wraz z…