Kryminał · 7 min czytania
Wigilia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zapadł już zmrok, jednak nie było całkowicie ciemno. Oświetlone domy i drzewka, które stoją przed nimi rozjaśniały całą okolicę. Nawet krzew dzikiej róży rosnący obok przystanku został przyozdobiony lampkami przez sołtysa. Ruch uliczny też już ucichł, większość ludzi była już w domach i zajadała się wigilijną kolacją ze swoimi bliskimi. Śpiew niektórych rodzin było słychać na ulicy. Było już parę minut po siedemnastej i na wspomniany wcześniej przystanek przyjechał ostatni dzisiaj autobus. - Wesołych świąt i spokojnej trasy. – powiedział wysiadający Bartek. - Oj będą wesołe – odpowiedział kierowca pokazując flaszkę jakiegoś taniego wina. Autobus odjechał i Bartek ruszył w stronę swojego rodzinnego domu. Przyjeżdżał tutaj rzadko, raz czy dwa razy w roku. Wyprowadził się na drugą stronę Polski, gdzie wiedzie szczęśliwe życie. W domu czeka na niego cała rodzina, czy to bliższa czy dalsza. Jego rodzice zawsze pilnowali tradycji, aby wszyscy chociaż w wigilię się spotkali. Szedł drogą prowadzącą przez środek wioski. Nikogo nie zastał po drodze, bo wszyscy już w domach siedzieli ze swoimi rodzinami. Przez okna widać było szczęśliwych ludzi składających sobie życzenia i śpiewających wspólnie kolędy. Czuć na ulicach było magię świąt. Szedł tak Bartek z uśmiechem na twarzy. Myślami był już w domu. - Bartek? To Ty? – powiedziała Ania, niegdyś bliska znajoma Bartka. - O Ania! Wesołych świąt Aniu, co tam u Ciebie słychać? - Dziękuje i wzajemnie. Co u mnie? A szkoda gadać. Święta są, cała rodzina zjechała i tym się trzeba cieszyć. Przepraszam Cię, ale musze lecieć. Mój mały synek już pewnie płacze za mamą. - Do zobaczenia! Może na pasterce się zobaczymy? - Chętnie. Do zobaczenia – pobiegła w stronę swojego domu. To spotkanie spotęgowało uczucie radości w Bartku. Szedł teraz niemal w podskokach, nucąc sobie pod nosem radiowe kolędy. Wyszedł już z wioski i skierował się w stronę pól, bo tam stał jego rodzinny dom. Droga nie była odśnieżona, przez co nieco zwolnił. Opady śniegu nie były zbyt duże, lecz wiatr nawiał go z pól i porobił zaspy na drodze. W tym miejscu nie było już oświetlonych domów, ani magii świąt. Jedynym źródłem światła były lampy stojące przy drodze, dawały go tyle co kot napłakał. Jakby tego było mało jedna z nich była popsuta i co chwila gasła. Magiczny wigilijny nastrój znikł, został zdmuchnięty przez szalejący wiatr. Te wszystkie przeciwności jednak nie przeszkadzały Bartkowi, szedł dalej twardo na przód pełen pogody ducha i radości. Napędzała go myśl, że jest coraz bliżej domu. - Halo, proszę pana! – krzyknął ktoś z tyłu – Halo! Proszę mi pomóc! Święta są, proszę! – Bartek odwrócił się nikogo nie zobaczył, ale wytężał dalej wzrok. – Halo! Tutaj! – głos dochodził z okolic tej zepsutej lampy, która aktualnie nie świeciła. - Co się stało? – krzyknął Bartek. - Zabłądziłem, proszę pomoże mi pan! - Chwileczkę, już podchodzę. – Bartek zawrócił i poszedł w stronę tej lampy. Im był bliżej tym lepiej widział czarną sylwetkę dość wysokiego człowieka. – co się stało? – powiedział gdy już był blisko niego. Zaświeciła się wtedy lampa i jego oczom…