Rodzina · 9 min czytania
Wigilia w Willi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pan Edward podarł pierwszą lepszą kartkę ze złością, po czym opadł na fotel zaciskając pięści. Atmosfera, jaka zawitała na parę godzin przed spotkaniem rodzinnym nie była obiecująca. Nerwowość można było odczuć na każdym kroku, co zaczęło irytować pana Edwarda. Chciał zająć czymkolwiek swoje myśli, byleby uspokoić skołatane nerwy. Uświadomił sobie, że już niebawem ta wielka willa, z pustej i smutnej zmieni się w tętniący i pełen życia apartament. Usłyszy on dziecięcy śmiech, znajome twarze, które pełne entuzjazmu i szczerości będą mu gratulowały, zachwycały się nim... a on zawraca sobie głowę takimi bzdurami, które mogą popsuć klimat tych świąt. W istocie treść podartej kartki nie zawierała niczego co byłoby warte, aż takiego wzburzenia. Jednak myśli kołatały się w jego głowie niemiłosiernie. Zerwał się nagle wybiegając z pokoju w poszukiwaniu żony. Chęć oderwania uwagi od tej całej sytuacji sprawiała, iż pomagał żonie w przystrajaniu domu i innych domowych porządkach, na które jeszcze jakiś czas temu nie zwróciłby nawet uwagi. Była to także okazja do porozmawiania z nią o odczuciach, co do tego spotkania i uwagach dotyczących przedświątecznych przygotowań. Chciał zająć ją rozmową na błache tematy, byleby tylko nie myśleć o ostatnich zdarzeniach. Godzina rodzinnego spotkania zbliżała się nieuchronnie. Kiedy w końcu wielki, strary zegar wybił osiemnastą goście zaczeli przybywać.
Z kuchni dochodził zapach świątecznych potraw, w saloniku rozbrzmiewały kolędy, a w dość pokażnym przedpokoju tłoczyła się przybywająca zewsząd familia. Przyjechali nawet ci o których zapomniano. Pojawiła się stara, dumna i przebiegła ciotka z Warszawy- Kamelia. Byli też Zawaccy z małym psotnym Radkiem, wuj marynarz opowiadający cudowne opowieści z dalekich stron świata. Dom zapełniał się przybywającymi w zawrotnym tempie. Tak jak to przewidział pan Edward większość podchodziła doń i gratulowała rozwoju przemysłu w Łodzi, pięknej willi, powodzenia i szacunku jakim dażono go nie tylko w mieście, ale nawet w całym społeczeństwie. Faktycznie był osobą znaną. O jego fabrykach słyszano już daleko poza granicami miasta. Stał teraz wyprostowany i jak na gospodarza przystało witał przybywających, a na jego twarzy malował się uśmiech, którym przykrył zdenerwowanie i rozdrażnienie. "Co za maskarada.." myślał i obserwował wszystkich przenikliwym, acz mądrym wzrokiem. Z przedpokoju tłum przeniósł się do wielkiego salonu, gdzie stała piękna zielona i pachnąca choinka. Wisiały na niej bańki, wykonane z dmuchanego szkła, imitujące orzechy i owoce, czasem pajacyki, lub inne zabawki. Pani domu ściągneła je prosto z Norymbergii, a fakt ten wywołał wśród przybyłych jeszcze większy zachwyt. Takich atrakcji się nie spodziewano. Jedynie ciotka Kamelia wydawała się być niezainteresowaną i traktowała ów zachwyt z przekąsem i kpiną. Kiedy już wszelkie ozdoby i świąteczne świecidełka skończono podziwiać i wychwalać, gospodarz poprosił o zajęcie miejsc przy stole. Jedni niechętnie drudzy raczej z zadowoleniem siadali na wyznaczonych miejscach, rozkładając się wygodnie. Nadchodził czas przemowy. Edward wstał, objął wszystkich wzrokiem po czym stuknął kilkakrotnie w kieliszek, aż zapadła cisza. -Pragnę jeszcze raz serdecznie wszystkich powitać- zaczął- jest mi niezmiernie miło, że w takim gronie będziemy świętować Boże Na..- ale nie dokończył bo ciotka Kamelia zaczeła przerażliwie krzyczeć, podskakiwać i kręcić się. Sekundę póżniej wywaliła się razem z krzesłem i runeła jak długa na ciemnobrązowy dywan. Dysząc ciężko wykrzykiwała trudno zrozumiałe słowa - aii zbierz cje tto!!! Większość śmiała się do rozpuku, inni z troską próbowali uspokoić starą kobietę, jednak wysiłek szedł na marnę, gdyż ciotka wierzgała nogami i nie dawała za wygraną. W końcu łysawy wójek Benek, złapał ją w pół, potrząsnął i krzyknął, co widocznie otrzeżwiło nieco Kamelie. NIe patrzyła na obecnych, ani nawet na Benka. Szukała jakby czegoś na własnej sukni, przyglądała się sobie z lekkim jeszcze przestrachem. Kiedy niczego nie znalazła i uspokoiła się w miarę, wyszedł na jaw żart Radka. Znudzony chłopiec, wlazł pod stół i wrzucił ciotce w pończochę ślimaka, którego chodował od jesieni, a najwidoczniej teraz postanowił zrobić z niego użytek. Gdzie teraz był sam Radzio ze swym małym przyjacielem trudno było stwierdzić. Odnalezienie chłopca sprawiło nielada problem, co zirytowało starą…