Dla dzieci · 6 min czytania
Wigilijna bajka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wigilijna bajka.
Działo się to zimą w niedalekiej przyszłości. Niektórzy mówili o tych dniach czasy ostatnie. Zło zagościło na dobre w sercach ludzi, a świat ogarnęła pożoga wojny. Za nic były honor, odwaga i miłość. Po świecie niczym wielki, niegasnący płomień szalała nienawiść. Pośród ruin miasta, które niegdyś było piękne, zimny wiatr przemiatał jakieś papiery i śnieg. Gdzieś w ciemności zawierucha zawodziła ponuro wśród szczątków muru, a zmory nocy wychodziły na żer. Gdzieś w ocalałej piwnicy, gdzie pełgało słabe światło ocalałej latarki, nieduża dziewczynka skończyła jeść rozmoczonego w wodzie suchara. Zbyt drobna na swój wiek z niewielkim znamieniem na buzi, które sprawiało wesołe wrażenie, że właśnie jadła coś dobrego i pobrudziła sobie brodę. Zapatrzyła się chwilę swoimi wielkimi niebieskimi oczyma w ciemność za piwnicznym oknem. Potem uklękła przy ubogim posłaniu do pacierza. Modlitwa pomknęła w górę niczym biały gołąb. Z nad ruin miasta wzlatywały inne modlitwy, ale ludzie prosili w nich o złe rzeczy. Prosili o to by Bóg odebrał jednym a dał innym, i te modlitwy ścierały się wzajem jak drapieżne ptaki i opadały znów na ziemię. Gdzieś przyprószone śniegiem tkwiły naprzeciw siebie dwie potężne armie, żołnierze jednej i drugiej modlili się o zwycięstwo, ale ich modlitwy też starły się niczym stada kruków i spadły na ziemię. Biały gołąb modlitwy leciał i leciał wysoko ponad gwiazdy, aż wreszcie do uszu zadumanego Boga dotarł cichy głos: „ …... dziękuję Ci dobry Panie za ten dzień, który przeżyłam, za wszystko dobro które dziś mi dałeś, i dziękuję że jesteś moim tatą, kiedy mój własny jest już u Ciebie.” I uśmiechnął się Stwórca, spojrzał z miłością na umęczoną ziemię, i wstrzymał raz jeszcze, uzbrojonych w broń straszliwą, aniołów apokalipsy. Dziewczynka poczuła dotknięcie ciepłej dłoni na swojej twarzy. Obok niej siedział na posłaniu starszy, siwy pan w szarym spłowiałym płaszczu, na który opadała biała jak śnieg broda. Nie przestraszyła się, nie sposób było się Go przestraszyć, w Jego jasnych błękitnych oczach mieszkała sama dobroć. - Kim jesteś? – spytała, ale on tylko uśmiechnął się leciutko. - Chodź ze mną. – powiedział. Okrył ją płaszczem, i wyszli w ciemność i wiatr. Dziewczynka trzymała Jego ciepłą dłoń i już niczego się nie bała. Szli, a za każdym krokiem przebywali sto mil i zagłębiali się wiek wstecz. Niebo zmieniało się powoli, przybywało na nim gwiazd. Ustał zimny wiatr, a pod nogami zamiast śniegu szeleścił nagrzany jeszcze słońcem dnia piasek. W oddali na niebie lśniła jasna niczym małe słońce gwiazda. Zatrzymali się przed skalną grotą, pachniało sianem i zwierzętami.…