Romans · 6 min czytania
Wigilijny czar
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Powoli nad miastem zapadał zimowy wieczór. Wielkie płatki śniegu zabawnie tańczyły w powietrzu, rzucane na wszystkie strony przez lekkie podmuchy niezdecydowanego wiatru. Przedświąteczna gorączka dawała się wszystkim we znaki. Sklepy przyciągały świątecznymi wystawami, ulice spowijał blask kolorowych lampek. W tym całym zamieszaniu powoli szła Monika. Nie zwracała uwagi na przepiękne wystawy, kolorowe lampki zdawały się nie istnieć. Po ostatnim przedświątecznym dniu pracy wracała do pustego mieszkania, gdzie mała choinka stała dla zasady, a zimny piekarnik z utęsknieniem czekał na makowe ciasto. Świąteczna atmosfera działała na nią dołująco. Z dala od rodziny i przyjaciół czuła się samotna w tym wielkim mieście. Wielkim i obcym, w którym jedyną bliską jej osobą był Mateusz. Był, bo miesiąc temu rozstali się. Na dobre. Z torebki rozległo się ciche pikanie, wyrywając Monikę ze stanu zamyślenia. – Słucham?... – Cześć, mówi Marta. Właśnie stoję na dworcu. Co byś powiedziała, gdybym wpadła do ciebie? – Powiedziałabym, że nie ma sprawy. – Jednak w głosie Moniki nie było słychać najmniejszej nutki radości. – Oj, słyszę, ze masz problem. – Nie, raczej chandrę. – Coś na to poradzimy. Spotkajmy się u ciebie. – Dobrze – odpowiedziała, raczej z umiarkowanym entuzjazmem. – To do zobaczenia. – Na razie. – Rozłączyła się i schowała telefon do torebki.
***
Monika nastawiła wodę na herbatę i włączyła radio. „I’ll be home at Christmas” usłyszała pierwsze słowa piosenki. W jej oczach pojawiły się łzy. – Jasne, będziesz w domu na święta… – powiedziała do siebie i spojrzała na zdjęcie Mateusza, które nadal stało na biurku. Dzwonek do drzwi przypomniał jej o rzeczywistości. Otarła wierzchem dłoni spływające łzy i poszła otworzyć. – Oj, widzę, że masz porządną chandrę – przywitała ją Marta stając w przedpokoju. – To chyba przez pogodę. – A mnie się zdaje, że przez serce. Weszły do kuchni, gdzie właśnie zaczęła się gotować woda. – Napijesz się herbaty? – spytała Monika. – Tak, chętnie. – odpowiedziała Marta stawiając reklamówkę na stole. – Pamiętasz nasz mały sposób na chandrę? – Tak. Czerwone wino i spaghetti. – To co powiesz na czerwone wino i spaghetti? Monika spojrzała na Martę, która właśnie stawiała na stole butelkę półwytrawnego, czerwonego wina. – Czemu nie. – Odpowiedziała z lekkim uśmiechem. – Zdaje mi się, że ta chandra, to przez Mateusza. – Stwierdziła Marta kładąc na stole długie opakowanie makaronu. – Dlaczego tak myślisz? – Ty go kochasz. To widać. A on…, on nie wie…