Kariera · 6 min czytania
Wizjoner
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mała wieś Hody, położona na skraju Puszczy Białowieskiej, to rzut beretem od granicy z Białorusią. Jedyna znana społeczność w kraju zajmująca się zawodowo wizjonerstwem, wróżeniem, leczeniem energią, zielarstwem itp. Bóg jeden tylko wie czym jeszcze. Wszystko okryte mgłą tajemnicy dla osób z zewnątrz. Stare wierzenia przekazywane z pokolenia na pokolenie ciągneło ogon mroku wczesnego średniowiecza, aż do czasów współczesnych. Puszcza Białowieska skutecznie kryła obrzędy i życie tajemniczej sekty, porozumiewającej się starą gwarą zrozumiałą tylko dla miejscowych. Michał od najmłodszych lat wychowywany w starych wierzeniach leczniczej magii uprawianej przez jego środowisko, nie znał innego świata. Był na ostrzach dwóch odmiennych kultur. Emocjonalnej, wywodzącej się z mrocznych dziejów przeszłosci i tej współczesnej, która starała się wyprzeć czary i wróżby wyniańczone przez ludzi lasu, a zaszczepione wierzeniami wschodnich zakaukazkich ludów, dawno, dawno temu. Była wiosna 1988 roku. Michał zapamiętał ostatni dzień maja tego roku na całe życie. Słońce skrzyło tysiącami kropel rosy, świat dziesięcioletniego chłopca. Znajome głosy kukułek budziły swoimi amorami okolicę. Znał ich zwyczaje i ptasią mowę, wyrażoną w miłosnych pogawędkach. Nieraz wabił te ptaki swoim kukaniem, które krążyły nad jego głową. "Łowcy energii" powrócili już do swych starych gospodarskich siedzib, ogrodzonych niechlujnie płotami ze "sztachet". Ulatujący z kominów chałup dym snuł się leniwie, witając ranną mgłę, która ustami bagien parku pokryła białym dywanem leśne przesieki. Ptasie ploteczki do uszu mieszkańców wsi trafiały niezrozumiałym jazgotem. Zaprzyjaźniona sarenka niespokojnie uniosła głowę, zastrzygła uszami i rozpłynęła się wśród dziczy parku. Ostrzegawcze wrzaski sikorek były czujkami znawców tutejszych zwyczajów, które niosły się, hen daleko, płynąc wieściami do wprawnego ucha chłopca. Leciutki wiaterek swym tchnieniem oczyścił już resztki białej mgły, która przykleiła się resztakami wilgoci do pulsującej świerzością zieleni. - Michał! Michał! - dobiegło do uszu chłopca, wołanie matki - masz gości. Co się stało? - czyżby znów beznadziejnie chory - pomyślał przyszły adept ludowej sztuki leczenia. - Wstawaj z wyra do cholery, bo za chwilę "twoi przyjaciele" rozniosą w pył naszą chałupę!!! - narzekała mama Michała. Chłopiec wyjrzał przez okno. Przed domem, jak co sobota stała długa kolejka beznadziejnie chorych ludzi. - Dzisiaj masz szczególnego gościa - czeka w kuchni, zdążyła powiedzieć. Drzwi otwarły się do pokoju, w których pojawił się buddyjski mnich, kłaniając się ledwo dostrzegalnie przed chłopcem. - Zostałeś uczniem tajnej loży wizjonerów, twoja prośba została rozpatrzona pozytywnie.