Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 7 min czytania

Worgen Narodzenie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział I - Śmierć to początek

Francja wiek XVII. Była ciemna i jesienna noc. Barwa jej przypominała najodleglejsze odchłąnie piekielne. Blask księżyca jak nigdy dotąd, dzisiejszej nocy odbijał czerwony blask, okrywający całą ziemie czerwoną pierzyną krwi, przebijający się przez obłoki chmur, które spowiły całe niebo. Obfity deszcz, unoszący porywistym wiatrem uderzał o konary drzew wydając senny szum. Ziemia nasiąknięta wodą, nie chciała jej już więcej przyjmować, zamieniając wszelkie drogi w bajora. Dochodząca północ sprawiała, że nieliczni wędrowcy przemieżając drogi za kapką wina i schronieniem przed burzą coraz liczniej nawiedzali przydrożne gospody. Jedną z takich gospod na skraju prowincji była właśnie: "Gospoda Umarłych". Niewielka, lekko spróchniała - nazwa wzięła się od trunków jakie tam przyżądzano. Położona blisko tutejszego lasu, którego korzenia, wydawałoby się, wrastały w fundamenty gospody. Zwykle złaziły się do niej drobni złodziejaszkowie, czy to ukrywający się przed wyrokami czy po prostu przechodni włóczędzy jak również chłopi szukający chwili rozrywki, odpoczynku i wytchnienia po ciągłych trudach pracy. Tej pełni było zupełnie inaczej. Do licznie zgromadzonej w ludność gospody zawitalo 3 szlachciców na dwóch czarnych i jednym białym koniu, chojnie ubranych, których sakiewy złota brzdękały przy najmniejszym ruchu. Przywiązując swe konie do palika Zmierzali w stronę wejścia. - Komu dolewki! Powiedziała pełną piersią młoda i piękna gospodyni z za lady. Położonej na przeciwko wejścia i okien. - Mi o cudna! Mi! Wołał pijany włóczęga siedzący na krześle przy ladzie. - Oddaj mi cnotę! - wołał. - Chciało by się... Odburknęła, niewiasta z głosem przesączonym sarkazmem i lekką radością. Wtrącając się w wymiane zdań, odpowiedział tutejszy mieszkaniec. - Sereno, spójrz ile tu chłopów wolnych, znajdź mnie wać jednego, który za Ciebie życia by nie oddał. Wkońcu za, któregoś wyjść musisz!(...) Tak wiem, ale... - odpowiedziała dziewczyna, lecz przerwał jej łomot walenia do drzwi. - Proszę otwarte! Krzyknęła. Zaciekawiony wzrok wszystkich biesiadujących w jednej chwili skierował się na wejście gospody. - Puść mnie idioto. Wykrzyczał. Ledwo minąwszy wejście pijany szlachcic, który okazał się być dowódcą straży. - No puść, bo się doigrasz. - Już, już puściłem panie. W jednej chwili ciekawość przerodziła się w pełnej pogardy nienawiść do nowo przybyłych. - Panie musimy wracać. Odpowiedział jeden ze strażników. - Nie będziesz mi mówił co mam robić ośle. Awanturniczo chrząkając podszedł chwiejnym krokiem do lady. Twarz jego czerwona, nos klupowaty z którego kapaly krople deszczu. Brwi jego, jak u wełnianej istoty zajmowały niemal pół czoła. Oczy jego przekrwione wpatrywały się przez chwile w dekolt czyszczącej kufer niewiasty. Nieco zirytowana i niechętnie odpowiedziała: - Witamy w gospodzie. Po czym położyła na blat trzy puste kufry. - Milcz, szmato! Lej trzy nalewki z miodem tylko żwawo! Rozgległ się krzyk tłumu splajtującego bluźnierce. - O, panie! - oni wyglądają groźnie!... - Groźnie mówisz, pchich...! Machnął swą wielką i owłosioną jak czarny sweter ręką. Słuchajcie wy nędzna nic nie warta kupo gnoju. Ten który z was ostatni zamknie jadaczke dziś nie wyjdzie stąd żywy. Krzyczał wściekły dowódca straży aż popluł śliną pobliski stolik. - Mógłym was wszystkich pozabijać bez najmniejszego uzasadnienia a ja i tak zostałbym uniewinniony. Po czym kopnął krzesło, demolując stolik z którego spadła…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%