Inne · 3 min czytania
Wtedy byłem u fryzjera
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wtedy byłem u fryzjera. Jedynego fryzjera w naszym miasteczku. Zakład jego mieści się w rynku pod arkadami. Przecudownie siedziało się w ich cieniu, kiedy słońce paliło palce u stóp. Czekało się na jakieś wydarzenie. Choćby na psa przybłędę, albo na samochód, który zabłądził i wjechał na nasz rynek. No i tego dnia stało się. Dokładnie siedziałem na fotelu najbliżej okna. Nie zauważyłbym, gdyby nie dziwne poruszenie starego fryzjera, którego wszyscy nazywali Starym Fryzjerem. Właśnie golił mi kark i nagle jego brzytwa zatrzymała się w pół ruchu. Stary Fryzjer rzadko dawał po sobie znać, że coś go poruszyło, więc zatrzymanie się starej brzytwy w pół ruchu było dla mnie głośnym sygnałem, że w rynku, a dokładnie na samym jego środku stoi piękna Warszawa. W jednej chwili znalazłem się na zewnątrz. Zewsząd dochodził szmer szeptów ludzkich i hałas otwieranych okien. Wszyscy chcieli zobaczyć jak kobieta w pięknej sukience w kolorowe paski próbuje zmienić przebitą oponę. A ja stałem najbliżej. I świadomy tego zakasałem rękawy i powiedziałem, że pomogę. W pierwszej chwili powiedziała tylko, że bardzo będzie mi wdzięczna. I kiedy ja zacząłem sapać przy mocno zakręconych śrubach ona podeszła do Starego Fryzjera i chyba poprosiła o wodę, ponieważ ten przyniósł jej za chwilę pełny kubek. Wychyliła ją duszkiem, otarła wierzchem dłoni usta i podziękowała. A potem rozglądnęła się. I w rozglądnięciu tym miała taki wyraz twarzy, jakby dopiero teraz zauważyła, że…